piątek, 28 lutego 2014

Być racjonalną

Wszystko było dobrze, póki nie zadzwonił dzwonek na ostatnią lekcje. Znienawidzona przeze mnie religia, najgorszy przedmiot w całym długim planie lekcji. Już sto razy bardziej wolałabym mieć cały tydzień matematyki albo chemii, żeby tylko wybawiło mnie to od chodzenia na religię dożywotnie. Skoro już o tym mówię, to muszę się trochę z Wami podzielić tym, w co wierzę, albo raczej w co nie wierzę. Z góry przepraszam, jeśli kogokolwiek urażę, jest to tylko i wyłącznie moja subiektywna opinia. 
Jestem osobą niewierzącą. Nie mogę powiedzieć, że jestem ateistką. To nie tak, że nie wierzę w nic. Tego powiedzieć nie mogę, bo mimo, że moje przekonania są dosyć dziwne, ja uważam, że jest duże prawdopodobieństwo dotyczące ich faktyczności. I tutaj się zaczynają schody. Nigdy nie wiem jak to do końca wytłumaczyć. Jak zapewne większość z Was wie, reinkarnacja to jeden z terminów pochodzących z buddyzmu. Nie wiem na czym dokładnie polega ona w tej religii, dlatego od razu muszę zaznaczyć, że nie ma to z tym wierzeniem nic wspólnego. Przechodząc do sedna, myślę, że po śmierci nasza dusza odradza się w innym ciele. Brzmi trochę śmiesznie, ale ja bardzo w to wierzę. Bo w zasadzie to czym jest nasza 'dusza'? Związkiem atomów? Przecież nie może być niczym. Nawet nie wiem, czy chciałabym wiedzieć, jak to wygląda z naukowego punktu widzenia. O pewnych rzeczach jednak lepiej nie zdawać sobie sprawy. 
Mój stosunek do ludzi innego wierzenia jest po prostu nijaki. Tolerancja przede wszystkim. Nie mówię ani słowa, żeby nikogo nie urazić, ale to co myślę, to już moja sprawa. Stosunek do samego wierzenia to u mnie zupełnie co innego. Ale lepiej nie będę się już rozwijać w tym temacie, bo w końcu źle się to skończy. Wiem, że takie tematy są tematami, o których zwykle się otwarcie nie mówi, tym bardziej nie chcę nikogo urazić.
Wracając do rzeczywistości, kiedy już postałam sobie z innymi te pierwsze trzy minuty po wejściu do klasy, kiedy inni odmawiali modlitwę, usiadłam w ławce. Byłam święcie przekonana, że będzie to lekcja jak każda inna. Ale nie. Katechetce zachciało się sprawdzić zawartość naszych zeszytów na ocenę. Nie miałam ze sobą zeszytu, wszystko pisałam w brudnopisie. Oczywiście zapewne domyślacie się jak skończyła się ta historia. Dostałam dwóje za nic. I byłam bardzo, bardzo bliska płaczu. Nie ze smutku, czy desperacji. Ze złości. Poczułam wtedy jak bardzo jestem bezradna. Nie mogę nic zrobić z tym wszystkim. Tak na prawdę nie panuję nad swoim życiem. I nie chciałam nawet zrozumieć, czemu jakaś obca kobieta jest upoważniona do oceniania mnie. Wcale mnie nie zna. Jak w ogóle może cokolwiek powiedzieć na temat mojej wiedzy, skoro nic nie wie. Nie pisałam kartkówki, nie pisałam sprawdzianu. Jej słowa w mojej głowie 'Muszę Ci postawić taką ocenę. To najbardziej sprawiedliwe wyjście. Nie mam materiału, na podstawie którego mogłabym cię ocenić. Nie możesz być wyjątkiem.' Miałam łzy w oczach. Miałam tak wielką ochotę jej wygarnąć te wszystkie niesprawiedliwości, te bzdury jakie cały czas opowiada, nagadać okropieństwa o kościele i idiotyzmie, jakim jest to, że są dwie godziny religii w tygodniu, a biologii i geografii tylko jedna. Miałam ochotę wybiec z klasy trzaskając drzwiami. Ale potulnie siedziałam w ławce i gapiłam się w okno. Nie chciałam robić scen. To znaczy, nie żebym, była zdolna zrobić to, co przed chwilą opisałam. To raczej nie byłoby możliwe z mojej strony. Nie chciałam, żeby ktokolwiek patrzył mi w oczy. Zobaczył moje łzy. 
Tak na dokładkę, kiedy tylko wyszłam ze szkoły, zobaczyłam jak ucieka mi z przed nosa autobus powrotny do domu. Genialnie. Najchętniej usiadłabym na środku chodnika i zaczęła płakać. Ale musiałam wziąć się w garść. Tak, dzielna ja, zawsze myśląca racjonalnie znowu się podniosła. 
Jak tak obserwuję ludzi to czuję się dziwnie. Są tacy słabi. Gdyby przeżyli to, co ja w ciągu całego mojego życia, to już dawno by ich nie było w świecie żywych (a nie sądzę wcale, że były to najgorsze możliwe scenariusze. Przecież są też ludzie, którzy żyją z dużo gorszymi problemami. Ale jest ich tak znikoma ilość względem reszty, że aż żal o tym mówić). Wydaję się sobie taka silna. I to takie nienormalne, kiedy się o tym mówi, ale naprawdę tak się czuję. Po prostu czuję w sobie siłę i moc. Energię do życia. Mimo tych wszystkich niesprawiedliwości. Zawsze staram się znaleźć inne wyjście ze złej sytuacji. Znowu jedna z moich największych zalet. Powoli odkrywam siebie bardziej teoretycznie. Zauważam szczegóły, potrafię streścić swoje cechy; wady i zalety w słowach. 
Po tysiąckroć po raz kolejny przepraszam za tak okropnie długą notkę. Wiem, że mówicie, że lubicie to czytać, ale ja nie mogę za bardzo w to uwierzyć. Przecież to wydaje się takie nudne. Już na sam widok nie chciałoby mi się tego czytać. 

Z dietą dobrze, kolejny dzień z mini-bilansem. Nie jest źle. Jeszcze tylko jutro trzeba będzie zjeść mało, z jak największą zawartością błonnika. Szykuje się szklaneczka senesu. Boję się, ze będzie tak, jak tydzień temu. Na prawdę się załamię, jeśli nic się nie zmieni. Przecież nie proszę o tak wiele.. Chociaż kilogram. 

Bilans:

- twaróg z miodem (110 kcal)
- rosół z makaronem i mięsem z kurczaka (350 kcal)
Razem: 460 kcal

Sama się dziwię, że to tylko dwa posiłki. Już nie pamiętam, kiedy ostatnio tak jadłam. 
Ćwiczeń brak, ale codziennie się rozciągam i robię kilka serii losowych ćwiczeń. Nie jest źle. Powiedziałabym nawet, że jestem zadowolona. Ale jak to mówią 'Nie chwal dnia przed zachodem słońca'. Dopiero waga i miarka mnie za wszystko ocenią. Już niebawem.



czwartek, 27 lutego 2014

Błękit nieba

Już tyle razy o tym wspominałam, ale jestem po prostu przerażona! To już koniec tygodnia, a ja czuję się, jakby był poniedziałek. Na dodatek tyle mam na jutro do zrobienia, że aż ręce opadają. Muszę nauczyć się geografii, przeczytać esej na maraton czytelniczy i powtórzyć materiał do kartkówki z fizyki. Niech jutrzejszy dzień już się skończy, bo mam dosyć.
Ostatnio dowiedzieliśmy się, że we wrześniu będzie organizowana wycieczka do Turcji, tylko dla naszej klasy, tylko dla dziewięciu osób, w tym mnie. Genialnie, czekałam na ten projekt. Ciekawie, że będzie akurat w Turcji, nie spodziewałam się tego. Na miejscu podobno będą też uczniowie z Hiszpanii, Irlandii i innych państw. Wszyscy będą podzieleni na grupy, w każdej po jednej osobie z każdego kraju. Razem będziemy robić jakieś projekty. Brzmi zachęcająco. Nie mogę się już doczekać, chociaż muszę przyznać, że mam trochę stracha przed tym wszystkim. Ale na pewno nie będę żałować. Tego jestem pewna.

Trzymałam się dziś planu. W sumie wyszło nawet mniej kalorii, niż się spodziewałam. Cieszę się. Ostatecznie zjadłam tego donuta w czekoladzie. Był smaczny, chociaż na początku jakoś mnie do niego nie kusiło. Po trzecim gryzie już byłam zahipnotyzowana. Ale kolejnego do ręki nie wzięłam, nawet bym się nie odważyła. Na pewno nie, żeby później przeklinać się w duchu do końca następnego miesiąca. Bywa, że chciałabym się wcześniej zmierzyć, ale chcę to zrobić pod koniec miesiąca tak jak ustaliłam. Wiem, że waga tydzień temu mogła troszkę przekłamać, ale cóż, wolę robić wszystko tak, jak zaplanowałam. Wizja diety bez planu mnie przeraża. Codziennie ważenie, nadzieja, niepewność. Wszystko po kolei tworzyłoby jeszcze większe nieszczęście. W końcu pogrążyłabym się w rozpaczy, wpadła w anoreksje, bulimię i kto wie co jeszcze by się ze mną działo.
Kurczę, chyba wyolbrzymiam to wszystko.
Nie żebym była pesymistką - o nie. To po prostu moja wyobraźnia. Często płata mi figle. Nawet sen,
o którym pisałam jakiś czas temu wydawał się taki prawdziwy, że nawet sobie nie wyobrażacie.

Bilans:

- twaróg z dżemem (80 kcal)
- zupa brokułowa z mięsem (250 kcal)
- donut w czekoladzie z lidla (250 kcal)
Razem: 580 kcal

Spotkałam się dziś po szkole z ciocią. Chociaż w zasadzie to nie jest moja ciocia, ale i tak wszyscy na nią tak mówią. W każdym razie w sierpniu byłam na obozie, który ona organizowała. Musze wspomnieć, że jest Jego mamą. Jeśli dłużej czytacie mojego bloga, to wiecie o kogo chodzi. No i pewnie domyślacie się, w jakim celu się z nią spotkałam. On ma jutro urodziny. I to nie byle jakie. Jutro stanie się pełnoletni. Teraz różnica wieku trzech lat jest przytłaczająca. Ale co z tego, że kiedyś to się zmieni i to nie będzie znaczyło nic. Do tego czasu On o mnie zapomni tysiące razy.
Tak czy inaczej, usiadłam sobie dziś z ciocią w lodziarni w galerii handlowej. Wypiłyśmy sobie soczek owocowy i pokazała mi Kroniki, jakie przygotowała dla niego na urodziny. Prawie wszystkie kartki puste. Na początku kilka stron zostało zapisanych życzeniami urodzinowymi. Jedna strona była przeznaczona dla mnie. Cała dla mnie i mojej bliskiej koleżanki, z która byłam na obozie. Wymyśliłam najbardziej wyjątkowe życzenia, jakie byłam w stanie wymyślić. Zajęły dwie trzecie strony A3. Reszta zajęła urocza żyrafa z kieliszkiem w kopytku i nasze zdjęcie. 
Zastanawiając się nad tym, może mimo perspektywy czasu On o mnie nie zapomni. Dzięki tej jednej kartce. Może jakiś obraz mnie zachowa się z Jego pamięci. Chciałabym, żeby o mnie pamiętał. Chciałabym, żeby tu był. Chciałabym się w końcu z nim zobaczyć. Spojrzeć z Jego błękitne oczy. 
Może sobie tylko to wszystko uroiłam. Może to uczucie już zgasło. Pewnie tak było. A ja to zauważę dopiero, kiedy następnym razem go spotkam. Mam wrażenie, że to tak prawdziwe, że aż nieuniknione.
Póki co jedno jest pewne - nie powinnam o tym myśleć. Musze skupić się na diecie i nauce. To teraz jest najważniejsze. 


środa, 26 lutego 2014

Grunt to wiedzieć, co robić

Mimo teoretycznego braku apetytu bardziej mi dziś doskwierał głód. Jak to zawsze w środę. To mój taki dzień słabości. Dzień, w czasie którego siedzę w szkolę dziewięć godzin. Na dodatek miałam dziś dwa ciężkie sprawdziany (niemiecki i matematyka). Chyba dobrze mi poszło, ale zjadł mnie stres, cały dzień usilnie wytężałam szare komórki i brakowało mi sił. I jak zwykle w środę po powrocie do domu zjadłam obiad i pacnęłam plackiem na ogromnej skórzanej kanapie na następne dwie godziny.
W każdym razie dzisiejszy bilans też jest niski. Wyższy niż wczoraj ale niższy niż zazwyczaj. W sumie nic dziwnego, nawet podejrzewałam to wcześniej i nie jestem zaskoczona.
Jak wiecie jutro jest ten cały tłusty czwartek. Z jednej strony usilnie trzymam się diety, z drugiej nie chcę sobie odmawiać wszystkich dobroci, jakie daje mi życie. Postanowiłam, że jutro bilans będzie podobny do dzisiejszego, ale zjem tego pączka. Zdaję sobie sprawę, że w niedziele jest ważenie, ale nie chcę cały czas trzymać się sztywnych zasad. Chcę robić odstępstwa czasami. Z własnej woli. Bo dieta tez jest męcząca.
Drugie postanowienie na najbliższą przyszłość jest takie, że jeżeli stanę na wadzę w niedziele i będzie efekt, to pozwolę sobie zrobić 'dzień potrzebo-dawczy', tj. zjem rzeczy, których najbardziej mi brakuje, a które jednocześnie są zdrowe i stworzą razem przyzwoity bilans. Wszystko już sobie przeliczyłam, więc o nic się nie martwię. Muszę tylko czekać i mieć nadzieję, że moja praca pokarze efekty. Byłoby to dla mnie prawdziwe zbawienie. Do soboty postaram się wytrzymać na czterystu kaloriach dziennie (mniej-więcej). Tak, jak mówiłam, niedziela jest jeszcze niepewna, ale nawet jeśli waga nadal będzie stała, wracam do 600-800 kalorii dziennie. Szczerze, myślałam, że dziewczyny, które jedzą tak ja ja teraz bardziej odczuwają głód i tęsknią za jedzeniem. Ale jeśli czują się tak ja ja teraz, to jednak je rozumiem i wiem, że jest to dużo łatwiejsze niż wypośrodkowane bilanse. No bo łatwiej jest po prostu postawić kawę na ławę i określić swój wybór czarno na białym niż tkwić pomiędzy. A to jest prawdziwa sztuka.

Bilans:

- twaróg z dżemem (80 kcal)
- krówka (40 kcal)
- zupa brokułowa z mięsem (300 kcal)
- pół jabłka, kilka cząsteczek pomarańczy i grejpfruta (90 kcal)
Razem: 510 kcal

Cóż, w zasadzie to ta zupa zapewne nie miała trzystu kalorii. Wolałam jednak zawyżyć odrobinę kaloryczność tego dania, ponieważ wzięłam pół małego ciasteczka zbożowego i gryza pączka od koleżanki. Krówka była dziś moim zbawieniem. Wzięłam ją specjalnie do szkoły. Bałam się, że nie będę potrafiła myśleć logicznie na sprawdzianie z matematyki. To by była tragedia. Zwłaszcza, że tyle się do niego przygotowywałam. Czasami na sprawdzianach mam ochotę wydrapać oczy mojej nauczycielce od matematyki za to, jakie trudne testy nam układa. Zadania ze sprawdzianu są nie do porównania z tymi z podręcznika. Zawsze jest więcej zadań z materiału, który krócej przerabialiśmy i większość o nim zapomniała, niż z tego, który trzy lekcje kuliśmy na blache. Aż trudno uwierzyć, czy nasza nauczycielka jest aż tak zawistna? Odgrywa się na nas za to, że rozmawiamy na lekcji? Nie rozumiem. Jest nasza wychowawczynią, tym bardziej powinna nam ułatwiać życie.

Plan na jutro:
twaróg z dżemem (80 kcal), obiad (ok. 300 kcal), pączek (250 kcal). 
Razem: 640 kcal
Postaram się jutro zjeść mniej kaloryczny obiad, żeby zrekompensować sobie tego pączka (jeśli go zjem, bo ta dieta na prawdę zmieniła mój tok myślenia. Nawet w ostatniej chwili jestem w stanie wypluć to, co wzięłam do buzi). Nie jest to idealne rozwiązanie, ale taka okazja zdarza się raz na rok. Jednak z tego skorzystam. Tak jest - będę mieć wytłumaczenie, że świętuję tłusty czwartek. Brawo ja! Wiem, zrobię jutro trening, mimo, że miałam mieć przerwę i spalę tego pączka.

Plan na dzień 'potrzebo-dawczy':
śniadanie: jajko sadzone (93 kcal), tost z dżemem (110 kcal), obiad: naleśnik z nutellą i bananem (440 kcal), kolacja: danio waniliowe (120 kcal)
Razem: 763 kcal

Jak na razie wszystko idzie po mojej myśli. Oby tylko to podziałało. Jeśli waga dalej będzie stała, albo (co gorsza) wzrośnie będę głęboko załamana. Modlę się, oby tylko moje najczarniejsze wizje się nie spełniły.

Wybaczcie mi, że ten post jest tak długi. Musiałam sobie wszystko dokładnie zaplanować na najbliższe dni. Mam nadzieję, że ten wyjątek, który zapisałam sobie w jutrzejszym bilansie mi nie zaszkodzi i nie popsuje moich (najważniejszych w tym miesiącu) wyników. Jestem ciekawa co o tym sądzicie (?). Jak teraz o tym myślę, to... sama nie wiem co myśleć w sumie.
Mam zamiar iść dziś wcześniej spać (och, tak bardzo się ciesze, że jutro mam na dziesiątą). Postaram się skomentować Wasze posty, ale obawiam się, że nie będę miała dziś siły, bo jestem tyle użyteczna, co zwłoki jakiegoś truposza.



wtorek, 25 lutego 2014

Części układanki

Znowu dzień życia mi zniknął. Jakby go nie było. Jest jak czas Present Perfect w języku angielskim. Jest, był, ale nie wiadomo do końca kiedy to się stało. I ma dużo znaczenie na teraźniejszość. Całe życie to jedna wielka układanka, a ja gubię swoje puzzle. Chciałabym poznać jej elementy, których jeszcze nie ułożyłam. Zapatrzona w przyszłość, tracę jakąś część teraźniejszości. Mimo, że cały czas mam ją na oku. Patrzę na nią centralnie. Jednak jest trochę jak mgła.
 Za dwa tygodnie miną dwa miesiące, jak jestem tutaj z Wami. A za tydzień, jak zaczęłam dietę. Będzie kolejne posumowanie miesiąca. W tą niedziele czeka mnie pierwsze mierzenie porównawcze, a za razem ostatnie ważenie w lutym.
Nie wiem, jak udało mi się znienawidzić ziemniaki, odzwyczaić się od czekolady, zacząć nienawidzić niezdrowe jedzenie. Wcześniej za nim nie przepadałam, ale teraz nie wzięłabym go do ust. Smaczny jest tylko zapach. Moje małe sukcesy. Dużo osiągnęłam przez te osiem (jeszcze niepełnych) tygodni.
Dziś na wf'ie poszliśmy na siłownie. Wzięłam matę i całą godzinę się rozciągałam i ćwiczyłam mięśnie. Prawie potrafię zrobić szpagat. Myślę, że w maju już spokojnie będę mogła tego doświadczyć. Na drugiej godzinie graliśmy w kosza. Nawet nieźle mi szło, biorąc pod uwagę to, że jestem totalnym beztalenciem jeśli chodzi o kosza i nogę. Naszła mnie myśl, że w wakacje poproszę starego kolegę z podstawówki, żeby nauczył mnie grać. Odświeżenie starych kontaktów - tego mi trzeba. Brakuje mi mojej paczki.

Bilans:

- twaróg z dżemem (80 kcal)
- jajko sadzone (93 kcal)
- trochę zupy kalafiorowej (150 kcal)
- filet z dorsza (78 kcal)
- brokuł na parze (40 kcal)
Razem: 441 kcal



Tęsknię za wakacjami. Jeszcze tylko 122 dni. Z tego 64 dni w szkole. Reszta to weekendy i święta. 

poniedziałek, 24 lutego 2014

Mój [nie]zwykły dzień

Ze zdziwieniem stwierdzam, że dziś nie chciałam nic jeść. Nie kusiła mnie czekolada, kotlety, ani owoce. Kompletnie nic. Znowu wypiłam masę wody. Na ćwiczenia w tym tygodniu nie będę miała czasu raczej. Przynajmniej w to wątpię i wolę sobie nie robić dużych nadziei. Już od kilku dni zbieram się, żeby iść na rower, ale mam tyle nauki, że bym się nie wyrobiła.
Oby jutrzejszy dzień był taki jak dzisiejszy. Podobało mi się. Nie żebym chciała tak na dłużej robić, ale chcę sobie zrekompensować ten postój na wadze. Może coś ruszy do niedzieli. No i mimo waszych przestróg i moich szczerych chęci - nic dziś w szkole nie zjadłam. I czułam się doskonale. Sumiennie pracowałam na lekcjach, wyprzedzałam materiał, robiłam pracę domową. Mój mózg funkcjonował świetnie. Wypiłam w szkole półtora litra wody. Wcale nie byłam głodna, ledwo wcisnęłam w siebie obiad. Po powrocie do domu wypiłam kolejne półtora litra. I poszłam się uczyć. Od rana mam dobry humor, dopisuje mi nastrój, nie jestem zmęczona, nie chce mi się spać, ani jeść. 
Czy może być jeszcze bardziej perfekcyjnie? Genialnie? 
Najśmieszniejsze jest to, że zbliża się miesiączka. Mój organizm zachowuje się zupełnie na odwrót niż powinien. Może to i lepiej. To znaczy, z pewnością lepiej dla mnie, ale boję się, że to tylko objaw zbliżającego się głodu, ale czegoś w tym rodzaju. Wiecie o co mi chodzi.

Bilans:

- twaróg z dżemem (80 kcal)
- pół piersi z kurczaka na parze (120 kcal)
- brokuł na parze (70 kcal)
- activia i 1/4 jabłka (132 kcal)
Razem: 402 kcal

Activie zjadłam trochę dlatego, że byłam głodna, trochę z konieczności. Swoją drogą to chyba najmniejszy bilans, jaki dotąd miałam. Troszkę przerażające, ale przyjemne uczucie. Nie będę się przyzwyczajać. Od przyszłego tygodnia (najpóźniej) wracam do 600-800 kalorii dziennie, jeśli tylko wcześniej nie wzrośnie mi apetyt.



niedziela, 23 lutego 2014

Mimo wszystko

Macie rację. Ta decyzja z wycofaniem drugiego śniadania w szkole była impulsywna i nieprzemyślana. Po tych paru godzinach mój umysł to wszystko przetrawił. No i mam zamiar nie zmieniać diety. Będę czekać. Przyzwyczaiłam się już nawet do niej. Brak słodyczy mi nie doskwiera. Fast foodów za żadne skarby świata bym już nie tknęła. Czasami odczuwam tylko chęć zjedzenia jajka smażonego, kotleta schabowego, krokietów, naleśników z nutellą i bananami. Ale wiem, że do wakacji będę mogła sobie pozwolić tylko kilka razy. Do tego nauczyłam się pić hektolitry wody. Dziś chyba wypiłam ze trzy litry, jak nie więcej. W ciągu paru godzin nastąpiła radykalna poprawa stanu mojej skóry na dłoniach i twarzy. To niesamowite.
Co do ćwiczeń. Sama nie wiem, nie robię ich aż tak długo. Podobno organizm przyzwyczaja się dopiero po miesiącu. Ale nie doczytałam się nigdzie pod jakim względem po miesiącu. Bo ja robię te ćwiczenia już jakieś sześć tygodni, wliczając przerwy. Natomiast trzy - nie wliczając ich. Jeśli rzeczywiście będę musiała je zmienić, to bardzo będę nad tym ubolewać. Tak bardzo mi się podobają, nie znajdę ani takich samych, ani nawet podobnych na drugim końcu internetu. Może przekonam się do Mel B i różnych innych workoutów, które Wy zwykle robicie, ale one już wcześniej wydawały mi się zbyt proste, zbyt krótkie, za mało intensywne. Po prostu potrzebuję wycisku. Nie chcę już wracać do Insanity (ew. w wakacje). Za dużo czasu mi zabierało i jak na rok szkolny, były za intensywne. Tak się teraz zastanawiam, że może mogłabym przejść na poziom Beta T25. Ale nie wiem czy to nie za szybko. Skończę dzisiaj czwarty tydzień, może zrobię sobie jutro dzień przerwy i poważnie się nad tym zastanowię.

Bilans:

- twaróg z dżemem (80 kcal)
- jabłko (70 kcal)
- galaretka z rodzynkami (100 kcal)
- zupa pomidorowa z mięsem i makaronem (300 kcal)
Razem: 550 kcal

Utrzymałam się w miarę nisko. Ostatnio nie czuję głodu, ani chęci jedzenia. będę z tego korzystać przez jakiś czas, ale poniżej 500 kalorii nie wolno mi zejść. To by była kolejna nieodpowiedzialna i głupia rzecz, jaką bym mogła zrobić. Staram się dbać o metabolizm jak tylko mogę.



Tracę równowagę

Stanęłam na wadze. I co? I nic. Ale tak dosłownie. Czemu? Minęły dwa tygodnie i waga nawet nie drgnęła. Może dlatego, że dwa tygodnie temu byłam odwodniona i bardziej pusta niż zwykle po dwóch szklankach senesu. To by wyjaśniało to, że lepiej wyglądam dziś niż 09.02. Szkoda tylko, że się tym przejmuję. Będę musiała popracować ciężej w tym tygodniu. To pewnie przez te walentynki przytyłam. O zgrozo. I po co żarłaś tyle? I właśnie tym sposobem nadal ważę te okropne 56,7 kg. Zniknij w końcu!
Ten tydzień będzie lepszy. Musi być. Skupię się na nauce i szybko zleci. Będzie kolejna niedziela, stanę na wadzę i zobaczę ten cholerny spadek, na który tak liczyłam. Ale w dwa tygodnie, żeby nic się nie zmieniło?! Zawiodłam się na sobie.
W tym tempie równo w moje urodziny będę miała idealną wagę. Dobra, jakoś wytrzymam. Przecież to nie koniec świata. Pójdę na rower. Ale nie wiem czy to pomoże. Rany... Czuję się jak świnia. Zawsze mogło być gorzej. Ale ja tak bardzo chcę, żeby było lepiej. Wago, mogłabyś się mnie w końcu posłuchać!
Chyba będę musiała odpuścić sobie śniadanie w szkole. Może nie jest to mądra decyzja, ale może pomoże. W każdym razie nawet jeśli będę je brać, to tylko jedno jabłko. Mam nadzieję, że w końcu się uda.



sobota, 22 lutego 2014

Nim się obejrzę [...]

Kolejny weekend. W tym tempie za chwile będą wakacje. Czas tak szybko mi leci, ucieka. Z roku na rok coraz szybciej. Co się dzieje? Dwa lata gimnazjum zleciały mi jak wypicie szklanki wody. Nie zastanawiałam się nawet i nagle zauważyłam, że szklanka już jest pusta. Niby jeszcze zostały cztery miesiące. Ale ostatnie dwa minęły w tempie ekspresowym.
W każdym razie, dzisiejszy dzień był dniem lekko przeczyszczającym. Tylko łatwostrawne rzeczy, bardzo mały bilansik, senes, ćwiczenia. Piszę tego posta już przebrana w strój sportowy, przygotowana do treningu. Ale znowu cały dzień przesiedziałam przed monitorem komputera. Przynajmniej odrobiłam lekcje z fizyki i chemii i zrobiłam pracę na konkurs. Za to jutro czeka mnie nauka do angielskiego, matematyki i powtórka niemieckiego i historii. Eh, nie jest tak źle. Niemiecki umiem, z historii w sumie nic nie mam, tylko nie ogarniam materiału. Angielski szybko pójdzie, matme też niby ogaraniam. Ale i tak wolę powtórzyć. Rany boskie, nie wiem czemu Wam truję takimi głupotami.
Z niecierpliwością czekam na jutrzejszy poranek. Dużą niecierpliwością. Niepewnością. Nadzieją. Że stanę na wadze i pokarze dwie piąteczki. Tak bardzo tego pragnę. Pewnie nie będzie aż tak dobrze, ale czuję, że i tak jest dużo lepiej niż dwa tygodnie temu. Z drugiej strony świadoma jestem, że nie będę już chudła tyle co na początku (niecałe dwa kilogramy na tydzień). Szczęście, że należę do tych bardzo cierpliwych ludzi. To chyba jedna z moich największych zalet, skoro już o tym mowa.

Bilans:

- twaróg z dżemem (80 kcal)
- zupa pomidorowa z makaronem i mięsem z indyka (300 kcal)
- activia śliwkowa (100 kcal)
Razem: 480 kcal

Tak na prawdę dodałam troszeczkę kalorii do zupy. To znaczy, mam na myśli, że zanim zupa się ugotowała zjadłam kilka łyżek kaszy gryczanej. Już tak bardzo byłam głodna, że nie dałam rady po prostu patrzeć na jedzenie, które stało obok mnie, dopóki obiad się nie ugotował. Ale tak w zasadzie nie jest źle. Do wszystkiego dodałam pełno otrąb. No i jeszcze torebeczka senesu zaparzona jakiś czas temu. Już prawie wypiłam. Mój limit na to ziółko zdecydowanie wykorzystałam do przyszłego tygodnia (co najmniej).
Już mam dosyć mojej babci. No dobra, niby się o mnie martwi. Ale nie znoszę tego. Jeszcze robi to w tak irytujący sposób. Przyszła dziś po południu do mnie do pokoju i postawiła mi galaretkę z owocami na biurku. Powiedziałam, że nie chcę, i żeby schowała z powrotem do lodówki. A moja babcia na to 'Nie mam miejsca w lodówce, może stać tutaj.' Już taka zdesperowana chyba jest, że musi się posuwać do takich dziwacznych metod. Jak widać, bardzo wątpi w moją motywacje i wstrzemięźliwość do jedzenia. Poza tym na każdym kroku słyszę 'A może chcesz kawałek czekolady?' albo 'A może upiekę Ci makowca?'. Na prawdę nie mogę już tego słuchać. Bywa i tak, że takie rozmowy przeradzają się w kłótnię. I co ja mam wtedy zrobić? To męczące.



piątek, 21 lutego 2014

Ciężko i lekko za razem

Tyle jeszcze przede mną. Całe życie. Jestem młoda i mogę żyć. Tak bardzo doceniam i cieszę się, że mam tyle lat ile mam. W takie dni jestem też pełna motywacji. Pojutrze rano czeka mnie ważenie. Muszę się do tego przygotować psychicznie i fizycznie. Za chwilę idę zaparzyć senes. Nie wiem czy będę dziś ćwiczyć. Miałam to robić. Ale jestem taka zmęczona. Wizja łóżka wywołuje u mnie podświadome opadanie powiek i marzenia o przykryciu się kołdrą i odpłynięciu w nicość. Na prawdę miałam dobre intencje, ale dziś mi musicie wybaczyć. Stać mnie co najwyżej na wypicie szklanki senesu. Na dzisiaj to tyle. Przynajmniej mam pewność, że już nic nie zjem. Mam dobre przeczucia, ale nie chcę zapeszyć.
Od razu po szkole poszłam z Julią do galerii na zakupy. Tak, w końcu kupiłam moją wymarzoną koszulę i spodnie z wysokim stanem. Ile musiałam się naczekać. Ładnie na mnie leżą. I o dziwo - zmieściłam się w rozmiar 36, a w talii jeszcze był na mnie trochę za duży! W grudniu nie mogłam w spodnie w tym rozmiarze tyłka wcisnąć, a uda ledwo mi wchodziły, wyglądałam jak obwarzanek. Ostatnio przymierzyłam też zegarek koleżanki, która ma chude nadgarstki. Przymierzałam go przed wakacjami i klamra ledwo przekraczała kąt 90 stopni w stronę zamknięcia. A parę dni temu z łatwością go zapięłam na ręce.
Także, jak widać są efekty oparte na życiowych doświadczeniach. Teraz chcę zobaczyć te widniejące na wadze. Swoją drogą, zbliża się data pobrania miesięcznych pomiarów. To już za tydzień.
No i za tydzień jest coś jeszcze.
Wspomnienia ponownie wracają. To uczucie chyba powoli gaśnie. Ale nadal żarzy się mały węgielek. Jeszcze kiedyś może spowodować pożar. Jednak szanse są tak nikłe. A tak bardzo chciałabym poczuć ciepło tego ognia na moim sercu.
Za tydzień są Jego urodziny. Co powinnam zrobić - sama nie wiem. Nie rozmawiałam z nim od dwóch miesięcy. Ani słowa. Cisza, nieustanne milczenie. Czy już zawsze będzie tak cicho? Może on już nawet nie pamięta jak wyglądam. Może nawet nie pamięta, że istnieje. Nie zdziwiłabym się. Różnica wieku jednak była znacząca. Ale nie była tak duża jak dzielące nas kilometry. Ponad tysiąc pięćset kilometrów w linii prostej ode mnie. Może wszystko by się potoczyło inaczej, gdyby nie te dwa znaczące problemy.
A może to ja sobie to wszystko ubzdurałam. Może to uczucie nigdy nie istniało. Pewnie tak było. A ja nie zauważyłam. Bywało już i tak. Nie zdziwiłabym się. Ani trochę.

Bilans:

- twaróg z dżemem (80 kcal)
- pomarańcza, jabłko (160 kcal)
- wasa z żółtkiem jajka (88 kcal)
- kawałek łososia na parze (150 kcal)
- buraki nagotowane na parze (150 kcal)
Razem: 628 kcal

Coś, co ostatnio bardzo mi pomaga;


Wybaczcie mi, ale na prawdę muszę iść spać. Tylko wypiję ten senes. Och. Uwielbiam uczucie pustości. Jest takie relaksujące. Nie potrafię bez niego żyć.
Chyba za jakiś czas spróbuję SPD. Wiem, że to nie jest może idealny pomysł. Ale chcę spróbować. W sumie co mi szkodzi. Jedyna przeszkoda to szkoła i rodzina. Jedno mnie wykańcza, a drugie zmusza do jedzenia.
Przepraszam, że ostatnio mało odzywam się na Waszych blogach, nie piszę komentarzy. Nie mam na to czasu i siły. Sama jej na razie potrzebuję. Ale tyle ile mogę, będę Was wspierać, bo jesteście dla mnie ważne.


czwartek, 20 lutego 2014

W pogoni za czasem

Piszę trochę w pośpiechu, jestem rozkojarzona. Skupiam się na kilku rzeczach na raz. Właśnie jestem w trakcie pisania listu, o którym mówiłam Wam w poprzednim poście. Idzie mi (chyba) dobrze. Już prawie kończę. Ogółem, dzień był zabiegany, ale zleciał bardzo szybko (jak cały ostatni tydzień z resztą). Przynajmniej miałam dziś te dwie godziny intensywnego wfu. Treningu brak, bo czasu brak. Jutro piątek, więc na pewno zaliczę. Powinno być dobrze.
Nie ma co się rozpisywać. napisze tylko bilansik i zmykam. Jutro też będę długo poza domem.

Bilans:

- twaróg z dżemem (80 kcal)
- pół grejpfruta, dwa i trzy czwarte jabłka, pomarańcza (320 kcal)
- pół piersi z kurczaka na parze (100 kcal)
- buraki na parze (120 kcal)
- wasa z żółtkiem jajka (88 kcal)
Razem: 708 kcal