poniedziałek, 10 marca 2014

Z wiatrem

W końcu udało mi się dziś ruszyć tyłek. No i się zważyłam. Wracam też do zdrowszej diety, będę chudnąć wolniej.
Może zacznę od początku. Pojechałam dziś na rowerze do szkoły. Cudowne uczucie. Wschodzi słońce, wiatr we włosach i słuchawki w uszach. Genialne. Polecam, naprawdę polecam. Przejeżdżając obok mojego przystanku autobusowego, którego byłam jak dotąd codziennym gościem z radością minęłam odjeżdżający autobus, który za chwile miał stanąć w korku. Zapewne gdybym dziś nie pojechała moim kochanym dwukołowcem, to bym się spóźniła.
Po powrocie do domu zjadłam satysfakcjonujący obiad i zeszłam na dół. Włączyłam telewizor, który był tylko dodatkiem do ćwiczeń. A konkretniej jazdy na rowerku. Tym razem stacjonarnym. Przejeździłam dobre dwadzieścia minut. Internet mówi mi, że spaliłam 150 kalorii. Jazdy do szkoły nie liczę za bardzo mimo wszystko, bo i tak cały czas z górki jechałam, a w drodze powrotnej wsiadłam w autobus.

Efekty ważenia. Także satysfakcjonujące, na więcej nawet nie liczyłam, ale 0,3 kilograma mniej. Teraz chyba mniej więcej tyle będę chudnąć, może postaram się trochę więcej, bo kto by nie chciał. Ale tym razem nadrobię ćwiczeniami. Także oficjalnie ważę już równe 55 kilogramów.

Przez kilka ostatnich dni pozwalam też sobie na trochę więcej. Jednak dopiero dziś zaczęłam na zdrowo-poważnie, bo wcześniej nie planowałam jadłospisu. Nie dbałam za bardzo co zjem na następny posiłek i ile dokładniej kalorii to będzie. A dziś już wiedziałam. I czuję się z tym dobrze. No i zjadłam pierwszy raz od dwóch tygodni coś w szkole. Nie było z tym tak źle, ale chyba lepiej będzie jak sobie to odpuszczę, bo dużo łatwiej mi tak podtrzymać prawidłowy bilans. Mogę wtedy pozwolić sobie na więcej w domu.

Bilans:

- twaróg z biała rzodkiewką (60 kcal)
- banan i pół jabłka (130 kcal)
- łosoś na parze (150 kcal)
- brokuł i kapusta kiszona (120 kcal)
- truskawki i pół jogurtu naturalnego (70 kcal)
Razem: 530 kcal

Mimo wszystko, gdybym jednak nie zjadła tego drugiego śniadania w szkole, to byłoby to 400 kalorii. No ale trudno, przynajmniej mam więcej energii a i tak większość spaliłam.



Może jakaś letnia motywacja? Do wakacji jeszcze 109 dni. A tak niedawno temu było ponad 150. Czas szybko leci. Trzeba się wziąć w garść!

niedziela, 9 marca 2014

Ukojenie

Dobra, zgadzam się, chyba troszeczkę wczoraj przesadziłam. Wiem, że w kaloryczności nie wyszło tego za wiele mimo wszystko, ale.. No właśnie 'ale'. Wszystkie te kalorie (-80, bo zawsze jem rano twarożek w tygodniu) włożyłam w siebie na raz. No i skutek to wypchany brzuch, wiec nic dziwnego, że czułam się jakbym objadła się za wszystkie czasy.

No i chyba nie jest ze mną tak idealnie jak Wam się wydaje. Ciężko jest mi odmówić sobie czegoś, ostatnio z utęsknieniem patrzę na ciasteczka czekoladowe i drożdżówki z wiśnią i kruszonką. Moje dwie największe pokusy. Ze słodkich rzeczy brakuje mi goudy. Nie jadłam jej od trzech miesięcy. Dziś zjadłam jeden plasterek na spróbowanie, bo byłam ciekawa jak smakuje po tak długim czasie. Myślałam, że się rozpłynę na podłodze i z bólem serca zamknęłam drzwi lodówki. Jeszcze jedna rzecz. Dość obrzydliwa, jeśli nie lubicie tłustego mięsa i cholesterolu. Od dzieciństwa kochałam zjadać pieczoną skórę z kurczaka, indyka, kaczki, czegokolwiek, byleby smakowało jak pieczona skóra. Teraz też trochę brakuje mi tego tłuszczyku, smaku z dzieciństwa. Może dlatego miałam wczoraj takie wyrzuty sumienia, bo zjadłam jej trochę z tym mięskiem z indyka. Nie wiem ile taka skóra ma kalorii, ale z pewnością nie mało, dlatego nie wiem, czy dobrze policzyłam bilans.

W każdym razie obudziłam się dziś rano o ósmej. Nie przeczyściło mnie, nie mogłam się nawet normalnie załatwić, a stanięcie na wagę z takim wypchanym brzuchem byłoby tragedią (+2 kilo gwarantowane). Zeszłam na śniadanie, oczywiście w wersji mocno przeczyszczającej i popiłam je senesem. Zważę się jutro rano. Pewnie nie będzie takiego spektakularnego efektu, jak oczekiwałam, ale i tak będę zadowolona z jakiegokolwiek spadku.

Bilans:

- jogurt naturalny z suszonymi śliwkami (200 kcal)
- banan z łyżką miodu (140 kcal)
- małe jajko i reszta mięsa z indyka (110 kcal)
- warzywka na parze (100 kcal)
Razem: 560 kcal

Prócz tego zjadłam jeszcze dwa szklane cukierki, plasterek goudy i jedną koktajlówkę. Pojechałam z tatą do galerii; kupił mi witalny koktajl owocowy (truskawki, banan, pomarańcza), a potem wypiłam pół małej czekolady orzechowej w Starbucksie. Ostatecznie cały dzień co godzinę latałam do toalety, więc jestem pewna, że przeczyściło mnie w takim stopniu, że mogę spokojnie tego nie zaliczyć do bilansu.

Teraz już wyglądam o wiele lepiej. Jak już wcześniej wspominałam, chciałabym jeszcze schudnąć te 3-4 kilogramy i powoli wracać do normy, zdrowych, rozsądnych bilansów, odpowiednich dla normalnego człowieka. Zakładając za swój cel te 49 kg chyba nie byłam świadoma, e może to być jednak za mało. Nie wiem. Nie wiem, jeszcze zobaczę. Wszystko okaże się po drodze. Na razie wiem, że muszę jeszcze trochę schudnąć i tego będę się trzymać. Ale już bardziej powoli. Wracam od jutra do bilansów 500-600 kcal. Te dwa tygodnie dały mi trochę w kość. W powietrzu wisi nade mną napad i wolę mu zapobiegać, zanim będzie faktem dokonanym.
Może wreszcie uda tez mi się wcielić w życie te moje plany z większą aktywnością fizyczną, skoro zwiększam bilanse. Może uda mi się codziennie wszystko spalić i jeszcze lepiej będę chudnąć. Piękna wizja, szkoda, że na razie mi się nie chce i nie mam siły. Na szczęście jutro jadę rowerem do szkoły (już tak stuprocentowo, bo zbierałam się do tego od miesiąca, tylko, że cały czas było za zimno).

Jeszcze jedna sprawa. Wiem, że moje bilanse wskazują na to, że mój styl życia jest typowy dla kogoś, kto kultywuje pro-anę. Ale ja nie jestem motylkiem i nie chcę być. Może i na początku byłam, ale tylko z niewiedzy. Pro-ana to stan umysłu. Stan umysłu, który bardzo różni się od mojego. I bardzo się z tego cieszę. Ja chcę tylko schudnąć. Nie dążę do bycia szkieletem, na których wisi cienka warstwa skóry. Może i nie odchudzam się zdrowo, ale to nie wszystko. Pamiętajcie o tym.



sobota, 8 marca 2014

Sumienie, gdzie jesteś?

Nie napisałam wczoraj. Poszłam spać po siedemnastej i spałam do samego rana, całe czternaście godzin. Od razu lepiej się czuję. Według internetu spaliłam w tym czasie 770 kalorii. No okej, tylko lepiej dla mnie. Tylko szkoda, że rano po raz setny z kolei pokłóciłam się z babcią. Znowu dosyć poważnie. O co? O jedzenie. 'Masz pierwsze objawy anoreksji! Od dziś będziesz jeść normalnie! Więcej się nie odchudzasz, nie ma mowy!'. Genialnie, tylko, że ja nie mam teraz zamiaru przestać. Nie ma mowy. Kiedy jestem tak blisko celu. Muszę coś wymyślić. Miałam nadzieję, że zjem dziś tylko te 300 kalorii w ramach dnia przeczyszczającego, ale nie mam już na co liczyć, bo jest po fakcie. Niby nie tak źle, ale wiem, że będę musiała wypić trochę więcej senesu. Bo boje się, że nie zadziała.

Bilans:

- jogurt naturalny z łyżeczką dżemu (120 kcal)
- trochę twarogu z rzodkiewką białą (50 kcal)
- małe jajko na miękko (50 kcal)
- mięso w indyka (250 kcal)
- warzywka na parze (100 kcal)
Razem: 570 kcal

Tak, czuję się jakbym obżarła się niczym wielka wiejska stara świnia. No cóż, bywają takie dni, ale żeby akurat przed ważeniem? Czy ja nie mam wstydu? I jeszcze ani trochę nie jest mi żal. Nie czuję wyrzutów sumienia. Ani trochę. To przerażające. Zmieściłam się dziś w rozmiar 34, i co? Nie chcę tego stracić. Za chwilę idę zaparzyć senes, bo czuję, że moje sumienie cudownie się obudzi, kiedy stanę jutro na wadze. Będę zadowolona nawet, jeśli nie spadnie tyle ile zamierzałam. Będę szczęśliwa, jeśli będzie chociaż te 0,3 kg mniej. Chociaż i tak mam złe przeczucia i nie liczę na zbyt wiele. Oby tylko nie było więcej, bo cały tydzień będę się karać w myślach.
Podaję z pamięci tyle ile jestem w stanie sobie przypomnieć, wczorajsze kalorie:

Wczorajszy bilans:

- twaróg z dżemem (80 kcal)
- zupa pomidorowa z makaronem i mięsem z kurczaka (400 kcal)
Razem: 480 kcal

Niby chyba o niczym nie zapomniałam, no ale przecież mogło być tak pięknie. Pamiętam, że rzuciłam się na to jedzenie. Dosłownie, coś we mnie mówiło mi  'Jedz, potrzebujesz tego teraz. Bardzo tego tego potrzebujesz.'. To było okropne. I było drugim powodem, dla którego poszłam wcześniej spać. Żeby mnie już nic nie kusiło. Aż ciężko nie przeklnąć, jaka ja jestem ostatnio głupia. Powinnam mieć już okres. Może dlatego się tak objadam przez ostatnie dwa dni. Jutro będzie lepiej, obiecuję. Sama już ze sobą nie wytrzymuję. Dlaczego teraz. Jutro dostanę za swoje. Będę pełna podziwu, jeśli waga będzie mi nadal stała w miejscu i nie wzrośnie.
Wybaczcie mi, że ostatnio raz komentuję, raz nie. Czytam Wasze blogi, każdy post, jestem z Was dumna i wierzę w Was. W każdą z osobna. Ale sama nie mogę się uporać ze sobą.
Potrzebuję przerwy od życia.



czwartek, 6 marca 2014

Trzy, dwa.. jeden?

Jutro nareszcie piątek. Można już się odprężyć i przygotować na weekend. Przynajmniej ja mogę, bo nie mam na jutro nic zadane, dodatkowo zero kartkówek i sprawdzianów. Poszłam dziś nawet do kina. I szczerze muszę Wam powiedzieć, że już dawno nie widziałam tak dobrego filmu (Non-stop). Nie gustuję jakoś szczególnie w thrillerach, ale ten mnie urzekł.

Bilans dziś podobny do wczorajszego. Byłoby znacznie mniej, gdyby nie batonik zbożowy, który zjadłam w kinie. No ale już po fakcie, przynajmniej nie byłam głodna i miałam jakiś dobry zamiennik jogurtu naturalnego. Jutro postaram się zjeść jak najmniej, w sobotę tak samo. Chcę się znowu przeczyścić przed ważeniem. Pewnie już zdążyłyście zauważyć, że bywają czasy, kiedy bardzo to przeżywam. Tydzień temu chyba pierwszy raz się tak stresowałam tym dniem. Nie chce pamiętać tych snów, które śniły mi się tamtej nocy.

Tak więc zostało mi jeszcze do wykorzystania ponad osiemset kalorii na następne dwa dni. Idealnie. Przynajmniej nie muszę się martwić, że wyjdę poza margines.

Mieliśmy dziś wf; pierwsza godzina siatkówki, druga siłowni albo fitnessu. Oczywiście wybrałam fitness, wzięłam matę i przez czterdzieści pięć minut rozciągałam się i ćwiczyłam mięśnie. Od razu czuję się dużo lepiej. Chciałabym taką godziną wolną na ćwiczenia dysponować codziennie. Tak chociażby zamiast religii. Przydałaby mi się. Szkoda, że to niemożliwe.

Bilans:

- twaróg z dżemem (80 kcal)
- dwa jajka (140 kcal)
- fasolka szparagowa (100 kcal)
- batonik zbożowy (170 kcal)
Razem: 490 kcal

Jajka, jajka, jajka - będę je jeść przez najbliższe dni jak najczęściej. Zazwyczaj przyspieszają mi miesiączkę, może teraz też pomogą. Bo mimo, że moja jeszcze po trzech latach się nie ustabilizowała, to zwykle była na końcu lub początku miesiąca, a teraz się trochę spóźnia. Może to jest fałszywy alarm i nie powinnam się martwić, ale przezorny zawsze ubezpieczony. Nie chcę zrezygnować ani z diety ani z płodności. Muszę jakoś temu zaradzić. 
Przydałoby mi się też więcej snu. Ciężko na wszystko znaleźć czas. Muszę w końcu się ogarnąć i iść dziś wcześniej spać, a nie oglądać seriale dokumentalne o wychudzonych celebrytkach. 



środa, 5 marca 2014

Z miłości do chudości

Jest dobrze, ciesze się, że idzie mi coraz łatwiej, ale bywają takie dni, że jednocześnie martwię się o siebie. Mam na myśli swoje zdrowie. Moja kondycja fizyczna jest w bardzo dobrym stanie, mam zdrową skórę, włosy i paznokcie. Ale boję się o co innego. Co jeśli przestanę miesiączkować? To byłaby prawdziwa tragedia. W zasadzie nie mam jeszcze aż tak regularnej miesiączki, więc staram się nie martwić. Zazwyczaj nawiedza mnie ona na początku lub końcu miesiąca. Oczywiście bywają wyjątki, ale od kiedy zaczęłam moją przygodę z dietą coraz bardziej się zamartwiam. Wyczekuję na nią z niecierpliwością. To jasne, że nie chcę jej stracić. Ale nie mam pomysłu jak temu zapobiegać? Może mogłybyście polecić jakieś produkty, które szczególnie mogłyby wspomagać wytwarzanie się tego typu hormonów? Wiem, że jajka bardzo pomagają, dlatego jutro postaram się wcisnąć jedno w bilans, ale nie mam zielonego pojęcia co jeszcze mogłoby się okazać pomocne.

W końcu wczoraj nie ćwiczyłam. Chciałam iść spać wcześniej. W połowie się udało, a w połowie nie. Zasnęłam wcześniej niż zwykle, ale później niż oczekiwałam. Ostatecznie niby byłam wyspana, ale brakuje mi czasu na ćwiczenia i sen. Chciałabym poświęcić go więcej na te dwie rzeczy. Codziennie mam nadzieję, że może w końcu dzisiaj uda mi się znaleźć te pół godziny chociaż, ale w końcu i tak moja dobra wola spełza na niczym.

Bilans:

- twaróg z dżemem (80 kcal)
- łosoś na parze (150 kcal)
- fasolka szparagowa na parze (100 kcal)
- jogurt naturalny z łyżeczką dżemu (130 kcal)
Razem: 460 kcal

Znowu zrobiłam tą samą głupią rzecz. Nie miałam do jogurtu dodawać dżemu tylko te cholerne owocki, ale nadal nie mam tej starej tarki. Póki co, schowałam moje skumulowane drugie śniadania do rzadko otwieranej szafki. Modlę się, żeby przetrwały do przyjazdu dziadka. Coś czuję, że jogurcik z dżemem będzie moją codzienną rutyną, tak samo jak twarożek rano.

Przez kilka ostatnich dni mam wrażenie jakbym tym razem zrzucała masę z bioder i tyłka. Może to tylko złudzenie, no ale miło by było, gdyby było prawdziwe. No i jestem pełna nadziei, że w tym tygodniu też trochę schudnę. Liczę na przynajmniej pół kilograma (ach, marzenia..).

Dziś osiągnęłam mój kolejny mały (tym razem szkolny) sukces. Pani polonistka dała mi dziś dyplom uznania z olimpusa z języka polskiego mówiąc 'Z tyłu masz ołówkiem napisane, które zajęłaś miejsce w Polsce.'. Zerknęłam kątem oka gotowa usiąść w ławce i przez chwilę myślałam, że mi się przywidziało. Zobaczyłam 17. Spojrzałam na nauczycielkę, ona spojrzała na mnie. Spytałam czy to na pewno o mnie chodzi i czy nikomu się nie pomyliło. Ha. Nawet nie pamiętam, że brałam w tym konkursie udział, a tu taka niespodzianka. No nie powiem, ciekawie, ciekawie. Szkoda tylko, że siedem miejsc dzieliło mnie do tytułu laureata. Z angielskiego byłam jeszcze bardziej wściekła na siebie, bo zabrakło mi dwóch miejsc w tym samym konkursie. A już bym miała dodatkowe dziesięć punktów do liceum.

Prosiłyście, żebym wstawiła swoje zdjęcia. Wstawiłabym, gdybym miała jakieś normalne. Ale niefart chciał, że takowych nie posiadam. To znaczy, zrobiłam w grudniu i stycznia do before-after, ale jeszcze nie czas na to. Może rzeczywiście dobrym pomysłem byłoby zrobienie jakichś przyzwoitych zdjęć. Mogłyby się przydać. Dlatego może już niebawem wstawię Wam jedno z nich w jakiejś notce. Jak tylko je zrobię, rzecz jasna.



wtorek, 4 marca 2014

Zatrzaśnięta w czasoprzestrzeni

Dzień jak co dzień. Na szczęście wtorek się już skończył. Staram się nie pisać cały czas o tym, że czas leci mi coraz szybciej, a ja czuję się jakbym żyła w otwartej czasoprzestrzeni (albo nie żyła - jak wolicie). Jeszcze niedawno porównywałam je do pędzącego pociągu. Teraz raczej jest to samolot. Da się to w ogóle jakoś zatrzymać? Sama nie wiem, czy wolę, żeby czas mi się ciągnął niemiłosiernie, czy żeby uciekał mi z prędkością światła. Chyba mimo wszystko wolę tą pierwszą opcje. Bo przecież lepsze jest dłuższe życie niż krótsze, nawet jeśli jego długość to tylko pewnego rodzaju iluzja, prawda?

Jeśli chodzi o te owoce. Ja naprawdę nie mam już z czego zrezygnować. Ze śniadania, którym jest twaróg z dżemem nie zrezygnuję, z obiadu też nie, kolacji w zasadzie nie jem, chyba, że mały jogurcik, jeśli już nie mogę wytrzymać. Nie jem deserów, nie jem czekolady, nie podjadam. Opierając się na własnym doświadczeniu, wbrew temu co mówicie - owoce mają kalorie i to nie mało, jeśli patrzeć później na zrzuconą wagę. Różnica jednak jest duża. Kiedy jadłam te owoce dwa tygodnie temu waga wcale nie ruszyła, a jadłam tak samo jak teraz poza tym jednym posiłkiem. Nie wiem, może to ze mną jest coś nie tak, ale kiedy tylko wyeliminowałam to jabłko, pomarańcze i kawałek grejpfruta czy banana, moja waga zaczęła od razu zauważalnie spadać. Więc to nie jest tak, że można nie wliczać owoców do bilansów. One też się liczą.
Raczej nie przekonam się do jedzenia tego drugiego śniadania w szkole, po tym, czego doświadczyłam. Wolę jednak uważać, w szkole dużo łatwiej jest mi nie jeść. Najłatwiej zaoszczędzić mi na tym posiłku.
Dlatego postanowiłam, że wieczorami, jeśli będzie to konieczne - będę robić sobie mus jabłkowy do jogurtu naturalnego. (Dziękuję za ten genialny pomysł!) To prawdopodobnie najlepsze rozwiązanie. Zwłaszcza, że nawet jak pytam się koleżanek w szkole, czy chcą moje śniadanie, to one zawsze odmawiają. Widzą, że nie jem. Nie są głupie. Ale tylko utrudniają mi życie, kiedy dziękują i nie biorąc nic mówią, żebym sama to wszystko zjadła.
Kusiło mnie, żeby zrobić mus z kiwi, ale muszę zużyć te owoce ze szkoły, bo robię to tylko ze względu na nie przecież. Dopiero wtorek, a mi już się ich dużo uzbierało. No ale ostatecznie (głupia, głupia ja) nie zrobiłam ani z tego ani z tego. Dodałam łyżeczkę dżemu truskawkowego. Nie mogłam znaleźć tarki, a nie chciałam, żeby babcia zauważyła, że trzymam w pokoju niezjedzone śniadania z całego tygodnia. Bardzo podejrzane byłoby moje zachowanie, gdybym poszła na górę z tarką, miseczką i jogurtem naturalnym.

Postanowiłam, że chyba zacznę się ruszać więcej. W zeszłym tygodniu mniej chciało mi się jeść niż w tym. jednak będę się musiała trochę pomęczyć, żeby spalić te kalorie. Może nawet przyniesie to lepsze efekty. Dziś (jeśli jeszcze starczy mi czasu - niemiecki i wos czekają, a same się nie zrobią) postaram się zrobić jakiś króciutki workoucik XHIT Daily, który tak bardzo mi poleca cały czas Nell. Powiem Wam, że nawet to nie będzie dziś dla mnie proste. Nie wiem od czego ale bolą mnie nogi, jakbym cały dzień jeździła na rowerze bez przerwy. Przynajmniej z rozciąganiem jest coraz lepiej. Już bez rozgrzewki mogę spokojnie siedzieć pół minuty dosłownie leżąc na wyprostowanych przed sobą prostych nogach z obciągniętymi palcami. Robiąc motylka swobodnie dotykam kolanami ziemi na dalszym położeniu pięt. Jakieś tam efekty są i się cieszę, zwłaszcza, że ostatnio nie rozciągam się aż tak regularnie, jak bym chciała.

Obiecałam sobie jakiś czas temu, że do czerwca schudnę na tyle, żeby móc wysłać swoją aplikacje do agencji modelingu. Ostatecznie raczej brzydka nie jestem. Spróbować warto. To jedno z moich skrytych marzeń, może niebawem się spełni. Ale póki co nie powinnam nawet o tym myśleć, bo najpierw muszę jeszcze trochę schudnąć.

Bilans:

- twaróg z dżemem (80 kcal)
- gulasz z indyka i gotowanych warzyw (300 kcal)
- jogurt naturalny z łyżeczką dżemu truskawkowego (140 kcal)
Razem: 520 kcal

Zauważyłam, że w moich bilansach jest w miarę dużo nabiału. Chyba jest go wystarczająco, bo jakoś specjalnie mnie nie ciągnie do tego typu produktów. Węglowodany i cukry mogłabym troszkę zwiększyć owocami jeśli zajdzie taka potrzeba. Białko to szczególnie mięso. Chyba powinnam jeść więcej warzyw. Niedługo spróbuję nad tym popracować. Cieszę się też, bo nigdy nie miałam problemów z tymi wszystkimi słodkimi napojami pełnymi cukrów. Nie cierpię ich. Teraz piję w zasadzie tylko wodę i zieloną herbatę. Wykluczyłam jedynie mleko, kakao i soki, które piłam i tak raz na ruski rok. Póki co, nie jest źle.

Z moich obliczeń wynika, że żeby w tym tygodniu schudnąć około 1,3 kg, muszę przez następne trzy dni jeść około 475 kcal dziennie, a w sobotę 350 kcal. Dam radę. Ogółem cały tydzień w celu schudnięcia 1,3 kg z moją wagą i wzrostem, trzeba zjeść nie więcej jak około 3420 kcal. Czyli średnio niecałe 500 dziennie. Im więcej ćwiczę, tym więcej mogę jeść (albo zamiast tego = więcej chudnę).
Ostatnimi czasy zastanawiam się, czy jeszcze myślę jak normalny zdrowy człowiek. Wszyscy naokoło mi mówią, że mam obsesję. Może mają rację? Może mam zaburzenia odżywiania?



poniedziałek, 3 marca 2014

Przed siebie

Kilka minut temu zorientowałam się, że w złym miejscu zmierzyłam się z biodrach. To znaczy, wymiary, które podałam dla bioder w rzeczywistości były dla miejsca, w którym wystają kości biodrowe. Nie mam porównania niestety, ale i tak widzę, że niezły ten pomiar. Więc nie jest źle. No od początku przeczuwałam, że coś jest nie tak z tymi wymiarami. Przed chwilą zmierzyłam się jeszcze raz i w biodrach mam 80 cm. Czyli ostatecznie mam 83-61-90. Tak, teraz dążę do perfekcji. Poza tymi kilogramami, które chcę zrzucić, na pewno zgubię też parę centymetrów w talii i bioderkach. 
Ogółem poniedziałek jak to każdy poniedziałek. Muliło mnie niemiłosiernie na pierwszych lekcjach. Byłam wściekła na cały świat, miałam ochotę wydrapać oczy każdemu, kto się do mnie zbliżył. Dopiero po czwartej godzinie się uspokoiłam i opadły mi emocje. No i ten tydzień też nie jest taki ciężki. Powiedziałabym nawet, że łatwy. Pomimo nawału pracy domowej z każdego przedmiotu i kartkówek nie ma żadnych (!) sprawdzianów. 
Kolejna obawa. W piątek szkolny dzień kobiet. W zeszłym roku były mega dobre czekolady. A w tym..? Nie wiem i nie chcę wiedzieć. Kolejna próba dla mojej silnej woli. 
Następny problem. Moja babcia jest święcie przekonana, że zjadam śniadanie w szkole (och, kłamczucha ze mnie), kiedy ja już od dobrego tygodnia nie jem nic. Do tego czasu oddawałam wszystko dziadkowi, ale dziś dziadek wyjechał. Co ja mam zrobić z tymi świeżymi owocami pokrojonymi i obranymi? Przecież ich nie wyrzucę. Nie mam zamiaru marnować jedzenia... Z drugiej strony jeśli powiedziałabym babci, to ona mnie po prostu zabije. Jeśli powiem mamie, ona powie babci. Tak teraz myślę, że może oddałabym koleżankom w szkole to śniadanie. Ale miałabym duże wyrzuty sumienia, bo kiedy raz oddałam koleżance kanapkę i powiedziałam o tym po powrocie do domu babci, od razu była awantura czemu to zrobiłam. Dziadek wraca za tydzień. Te owoce nie wytrzymają tak długo, ja ich nie zjem. Co mam zrobić?

Bilans:

- twaróg z dżemem (80 kcal)
- barszcz (120 kcal)
- naleśnik w kapusta i grzybami (180 kcal)
Razem: 380 kcal

Tak bardzo korci mnie żeby wziąć jogurt. Nie wiem, może się skuszę. Brzuch mnie boli z głodu. Próbowałam zapić się wodą, ale nie pomaga. Od dwóch godzin myślę o jogurcie. Najwyżej bilans troszkę podskoczy, ale nie jest źle, bo i tak niewiele dziś zjadłam.
Chciałabym poćwiczyć, ale przynajmniej na razie nie daję rady. Psychicznie i fizycznie. Na pewno wiecie o co mi chodzi. Może spróbuję jutro, ale nie chce nic obiecywać. Jest poniedziałek, a ja już powoli opadam z sił.



niedziela, 2 marca 2014

Na tropie spełnienia

Dzisiejszy dzień był taki normalny. Najnormalniejsza w świecie niedziela z najnormalniejszej rodzinnej atmosferze w najnormalniejszym domowym nastroju. Normalność przesyca moje życie i wsiąka w nie jak w gąbkę.
Powinnam się bardziej cieszyć z mojego sukcesu. Chyba jeszcze to do mnie nie dotarło. Myślę, że docenię do dopiero jutro w szkole, kiedy w końcu uświadomię sobie i docenię ile schudłam i mój bilans będzie mniejszy niż dziś, bo będę przepełniona ambicjami i motywacją.
planowany bilans na dzień dzisiejszy dużo się zmienił, ale w zasadzie to kaloryczność wyszła jeszcze mniejsza niż oczekiwałam. Zapewne jeszcze śniadanie nie przetrawiło się (bynajmniej nie w całości), bo mój organizm był jeszcze pod wpływem senesu. Obliczyłam też dokładną liczbę kalorii do spożycia na ten tydzień, żeby schudnąć ponad kilogram. Zobaczymy czy się uda. Wiem, że miałam wrócić do 500-800 kcal dziennie ale boję się, że to nie zadziała. Dlatego na razie nie zmniejszam ani nie zwiększam dawki kalorii. Z drugiej strony nie będę się też ograniczać, jeśli będę musiała zjeść czekoladę.
Tak szczerze, nie ćwiczę ostatnio. Tylko to rozciąga, no ale nie oszukujmy się, poza wf'em w szkole nie spalam jakoś specjalnie kalorii poza codziennymi życiowymi czynnościami jak dojazd do szkoły i z powrotem. I nie miałabym nawet siły na więcej. Teoretycznie mogłabym poświęcić te pół godziny dziennie, ale co mi to da, jeśli będę wykończona, a przed oczami będę mieć mroczki. Naprawdę czekam już na te wakacje, bo chce normalnie żyć. Szkołą jest wykańczająca, bo nie mogę sobie pozwolić na jakiś większy wysiłek poza nią. To frustrujące.

Bilans:

- kilka łyżek owsianki na kaszy manny i wodzie z jabłkami (95 kcal)
- jajko sadzone, pół kromki chleba (125 kcal)
- dwa naleśniki (220 kcal)
- trochę dżemu truskawkowego i nutelli (80 kcal)
- mały banan (60 kcal)
- jogurt bananowy (116 kcal)
Razem: 696 kcal

Jakoś na razie nie wyobrażam sobie jeść więcej bez wyrzutów sumienia. Nawet nie chcę próbować póki co. Najpierw muszę dotrzeć do celu, moich wymarzonych 49 kilo. Czekam na tą czwóreczkę w utęsknieniem. Kiedyś się pojawi. Wiem to.




Smak zwycięstwa

Przez całą noc miałam sny o tym, jak się ważę, wyskakują jakieś przerażające liczby. Widziałam przed oczami ciastka, batony, makaron, naleśniki, ziemniaki, nutellę. I patrzyłam na to tuż przed wejściem na wagę. Czułam, że zapominam o świecie i odruchowo sięgam po jedzenie, a kiedy już to wszystko przechodzi przez mój układ pokarmowy, przypominam sobie, że istnieję i wpadam w rozpacz i zwątpienie. 
Na szczęście to był tylko sen. 
Obudziłam się i z ulgą stwierdziłam, że nie zjadłam żadnego ciastka, jestem pusta, mój brzuch jest wklęsły i przyjemnie wessany. Mimo to czułam się odrobinę ciężko. Ogarnęło mnie lekkie uczucie wątpliwości nasilone tymi okropnymi koszmarami. Jak zwykle moja wyobraźnia mnie nigdy nie zawodzi. Zwłaszcza jeśli chodzi o sny. Są takie realne, namacalne. Kiedyś śniło mi się, że jem czekoladę. Po przebudzeniu cały czas czułam w ustach jej słodki smak.
Jak się domyślacie już po samym tytule postu, nadszedł wreszcie czas triumfu. Z dumą zakończyłam luty owocnym podsumowaniem miesiąca. 
Kochana Izo, wiem, że już po raz setny mi powtarzasz, żebym się mierzyła. c: Dzisiaj pobrałam wszystkie pomiary. Przymierzałam się do tego od dłuższego czasu, ale miałam wcześniej wyznaczoną datę i nie chciałam jej przenosić (mierzę się raz na miesiąc).

Podsumowanie miesiąca (wagowo):
57,7 kg (31.01.14)
56,7 kg (09.02.14)
56,7 kg (23.02.14)
55,3 kg (02.03.14) {Cel II osiągnięty!}
Razem: -2,4 kg

Schudłam w ciągu lutego tylko o 0,4 kg mniej niż w styczniu. Prawdziwy sukces. Ostatni tydzień przyniósł mi najwięcej radości. I właśnie w ten sposób udowodniłam, że owoce też mają kalorie, powinno się je wliczać do bilansów. Usuwając całkowicie śniadanie, które jadłam w szkole udało mi się schudnąć ponad pół kilograma więcej niż zwykle (nie licząc ostatniego zastoju wagi). A uwierzcie mi, moje drugie śniadanie to było pół pomarańczy, obrane średnie jabłko i dwie kromeczki wasy z dżemem. I teraz porównajcie sobie efekty. Teraz już nikt mi nie wmówi, że owoców i warzyw nie powinno się wliczać do bilansów. 
Tak więc w sumie w ciągu całej mojej dotychczasowej diety (zaczętej 03.01.14), która była moim noworocznym postanowieniem, schudłam 5,2 kilograma w dwa miesiące. Czyli jednak jak się chce, to się potrafi. Do celu pozostało 6,3 kg. Oznacza to, że jestem prawie na półmetku mojej drogi.


Osiągnęłam to co chciałam, a nawet więcej. 31.01 postanowiłam, że moim celem będzie zrzucenie 3,5 cm w talii i 1,5 w biodrach. Dzisiaj zniknęło 3,5 cm w talii i tyle samo z biodrach. Jestem totalnie szczęśliwa, tego się nie spodziewałam. Nawet z moich ramion, których tak nienawidzę coś tam zeszło. 
Teraz już nawet biodra by mogły zostać takie, jakie są. W talii jeszcze chciałabym, żeby było ten 1-2 centymetry mniej. Tylko tyle mi do szczęścia w tej partii ciała potrzeba. 


Dzisiaj jest dzień potrzebo-dawczy. Zaczął się bardzo dobrze, pozmieniałam troszeczkę plan, ale kaloryczność jest podobna. Wieczorem wstawię bilans. Jak już teraz mam takie doświadczenie, to sama nie wiem czy powinnam brać to drugie śniadanie do szkoły. Może będę brać ze sobą jedno jabłko, bo więcej chyba nawet nie ma sensu. Nie jestem głodna, wystarczy, że piję dużo wody i to mi całkowicie wystarcza, a daje dużo lepsze efekty. 
Cieszę się, że podoba Wam się mój nowy nagłówek. : >
Miłej niedzieli, słoneczka. Do zobaczenia wieczorem. 

sobota, 1 marca 2014

Nadzieja

Kolejna sobota idzie w zapomnienie. Kończy się. Tym samym zbliża się niedziela. Dzień, na który czekałam cały tydzień. Za jakieś pół dobry ważenie. Jestem bardzo ciekawa. Pełna obaw. Jak to zwykle przed niedzielą. Ale widać efekty, więc jestem dobrej myśli. Moje obojczyki wystają jeszcze bardziej niż wcześniej, wyrzeźbiłam kości miednicy. Mogę je objąć z obu stron przez cienką warstwę skóry. Kiedy się prostuje i rozciągam całe ciało, czuję jak przyjemnie ta cienka skóra się na nich napina. Przechodzą mnie ciarki, czuję ich łaskotanie. Nadgarstek ładnie mi się zarysował. Wystaje mi ta piękna, okrągła kostka. Kiedy się denerwuję, dotykam moich obojczyków. Przesuwam palce po wgłębieniu pomiędzy nimi, łapię je, jakbym chciała je wyrwać, ale zamiast tego tylko delikatnie je masuję.
Poświęciłam się dziś całkowicie odpoczynkowi i czytaniu książek. Wyłączyłam telefon i budzik na noc. Wyspałam się. Jutro muszę się uczyć, ale i tak czuję się o niebo lepiej siedząc w domu. Z ogromną niecierpliwością czekam na wakacje. Myślę o nich codziennie. Dieta jest czymś, co najbardziej umila mi ten życie w czasie chodzenia do szkoły. Dzięki niej czuję, że mam nad czymś kontrolę. Zawsze, kiedy uda mi się dostosować do wytyczonego planu czuję satysfakcje. Kiedy staję na wadzę, przymierzam stare ubrania i widzę efekty przepełnia mnie radość i wiem, że mam po co żyć. To wszystko dodaje mojemu życiu kolorów, stawia je przede mną w jaśniejszych barwach i pomaga mi się podnieść. Z całą pewnością mogę stwierdzić, że jestem szczęśliwa. Nie muszę już czekać na lepsze jutro, bo ono jest ze mną. Jakkolwiek dziwnie to ujęłam, tak własnie się teraz czuję.

Bilans:

- twaróg z dżemem (80 kcal)
- rosół z makaronem i mięsem z kurczaka (300 kcal)
Razem: 380 kcal

Stwierdzam, że to mój najlepszy (albo raczej najmniejszy) bilans wszech czasów. Wypiłam już szklaneczkę senesu. Na pewno już dziś nic nie zjem, wypije tylko jedną szklankę herbaty. Nie chcę, żeby cokolwiek mi zalegało w żołądku, czy jelitach. Jutro rano muszę być pusta. Muszę zobaczyć, że waga się obniża. Chcę zobaczyć dwie piątki. Niech się w końcu pojawią na tym piekielnym wyświetlaczu. Nawet jeśli po przecinku będzie dziewięć.

No cóż. Nie mam co robić. Poczytam książkę, pójdę obejrzeć jakiś film. Miłego wieczoru, chudzinki. c:
Jak Wam się podoba nowy nagłówek?