niedziela, 9 lutego 2014

Owoc mojej pracy dojrzewa

Dzisiejsza noc była dla mnie ciężka, nie powiem. Trochę przesadziłam wczoraj z senesem. Za dużo go wzięłam. Tydzień temu jedna szklanka średnio na mnie działała. Więc tym razem postanowiłam wypić dwie. O piątej nad ranem ból brzucha spędził mi sen z powiek. Przykurczona ledwo zeszłam z drabiny i poszłam do łazienki. Cała się trzęsłam, czułam jak mi brzuch pulsuje. Kiwałam się na boki, oblewały mnie fale gorąca. Ostatkiem sił poszłam po butelkę z wodą, bo byłam pewna, że mój organizm zapewne się odwodnił. Miałam rację, już po kilku łykach od razu mi się polepszyło. Nigdy więcej tego nie powtórzę. Jedyny plus tego wszystkiego był taki, że przynajmniej czułam się leciutko i byłam bardziej pewna siebie przed porannym ważeniem. Przyznam, że postąpiłam bardzo głupio. Ale co było minęło, trzeba uczyć się na własnym doświadczeniu.
W każdym razie, po mojej okropnej nocnej przygodzie, moje bóle zostały mi wynagrodzone. Nadeszło ukojenie dla mojego umysłu, jeszcze większa radość dla duszy. Drżąca stanęłam rano na wadze i zaczęłam piszczeć z radości. Kolejny kilogram za mną. Równy, piękny, okrągły kilogram. Jeszcze miesiąc temu waga 56,7 kg wydawała mi się nieosiągalna, wręcz nierealna, a dzisiaj stała się rzeczywistością. Ostatnie dwa dni to zdecydowanie najlepsze dwa dni w czasie całej mojej diety, trwającej od początku stycznia. W sumie schudłam od tamtego czasu 3,8 kg. To już mniej więcej ⅓ mojej drogi do sukcesu.

Bilans:

- pół grejpfruta ze słodzikiem (59 kcal)
- 2,5 łyżki twarogu półtłustego z dżemem figowym (81 kcal)
- pół kromki chleba (40 kcal)
- duszona pierś z kurczaka (200 kcal)
- brokuł na parze i kapusta pekińska z pomidorem (100 kcal)
- galaretka z owocami (60 kcal)
Razem: 540 kcal

Ćwiczenia: T25; Total Body Circuit (-400 kcal).

Wczorajsza herbatka grejpfrutowa była bardzo smaczna, a pachniała jeszcze lepiej. Cały pokój wypełnił się zapachem lata. Nie liczę, że będzie miała jakieś genialne działanie, ale i tak jestem zadowolona z zakupu (jak z resztą ze wszystkiego ostatnimi czasy). Żeby świętować sukces, niedługo wybieram się z dziadkami do Starbucksa na kawę. W przypływie radości, kupiłam dziś też dwie książki,. które udało mi się złapać na przecenie w Matrasie (a które już wcześniej planowałam kupić).
Jak pewnie zauważyłyście, dodałam wczoraj swój kalendarz ćwiczeń. Będę go aktualizowała regularnie. Dwa pierwsze tygodnie już za mną, a dziś zaczynam trzeci. Szczerze to czeka mnie dziś workout, którego najbardziej nie lubię, więc jak to zwykle bywa, trochę się cykam. Nie pisałam wcześniej o tym, ale codziennie oprócz treningu robię sobie mały stretch. Są to głównie ćwiczenia na brzuch, boczki, pośladki i wewnętrzną część ud (w przypadkowej kolejności). Czuję, że mi pomagają, zwłaszcza te na pośladki. Codziennie robię trzy serie, jak nie więcej, po 40 na każdą nogę Pointed Butt Lift (klik). Przynosi to zauważalne efekty i nie jest wcale takie trudne, a na prawdę warto!
Za chwilę zmykam, bo muszę iść się uczyć na jutro do sprawdzianu z biologii, fizyki i polskiego. Zanim jednak pójdę, chciałabym Wam bardzo podziękować. Jestem bardzo bardzo wdzięczna za Wasze komentarze. To one napędzają moją determinację i mam motywację do działania. Dlatego, chciałam Wam powiedzieć, że gdyby nie Wy, nie udałoby mi się osiągnąć tak szybko tego celu. Kocham Was, dziewczyny. Co ja bym bez Was zrobiła.



sobota, 8 lutego 2014

Grejpfrutowy zapach radości

Cudownie radosna, szczęśliwa i słoneczna sobota. W powietrzu czuję zapach wiosny. Kiedy wyszłam w południe z domu owiał mnie (ku mojemu wielkiemu zdziwieniu) lekki, ciepły wiaterek. Oślepiły mnie promienie słońca. Od razu wiedziałam, że mój dzień będzie udany i pewnym krokiem z uśmiechem na twarzy poszłam na spotkanie w bliską koleżanką z podstawówki. 
Pojechałyśmy do dwóch wielkich galerii, kilka godzin chodziłyśmy po sklepach, wstąpiłyśmy do Starbucksa i Grycana. Miałam wrażenie, że mój dobry nastrój udziela się całemu światu. Byłam szczęśliwa. Słońce do mnie wróciło. Mam nadzieję, że zostanie ze mną na dłużej. Było mi bez niego tak ciężko. 
Pod koniec naszego spotkania wydarzyła się kolejna miła rzecz, która poprawiła mi humor jeszcze bardziej. Zaczęłyśmy rozmawiać o odchudzaniu. Nasza dieta wygląda bardzo podobnie. Wymieniałyśmy się radami, opowiadałyśmy o doświadczeniach. Kupiłyśmy nawet sobie na spółkę herbatkę o działaniu wspomagającym odchudzanie. Postanowiłam, że ona będzie pierwszą osobą, której powiem o moim blogu. I powiedziałam jej (pewnie teraz to czytasz, Julia. Wiedz, że jestem bardzo szczęśliwa, że mogłam się z Tobą tym podzielić, bo jest mi samej cholernie ciężko). Umówiłyśmy się nawet, że kiedy nadejdzie wiosna, pójdziemy razem na siłownię i pójdziemy pobiegać niedaleko domu nad stawem. Nareszcie znalazłam kogoś, kto mnie zrozumie. Nawet nie wiecie jak się cieszę z dzisiejszego dnia. 

Bilans:

- pół pomidora (13 kcal)
- dwie małe kromki chleba białego (120 kcal)
- dwa plasterki szynki (60 kcal)
- pomarańcza (90 kcal)
- pół dużej Vanilla Latte (150 kcal)
- gałka lodów piernikowych (100 kcal)
- zupa grzybowa (150 kcal)
Razem: 683 kcal

Teoretycznie powinnam mieć dziś dzień wolny od ćwiczeń, ale wczoraj jednak nie zrobiłam treningu, bo nim się obejrzałam była północ. Nie mogłam się jakoś do nich zebrać. Dlatego zamiast dzisiejszego rest-day muszę nadrobić wczorajszy trening.

Jestem szczęśliwa, że zjadłam te lody. Były pyszne, nie mają wcale tak dużo kalorii i poprawiły mi nastrój. Dlatego nie zaliczam ich do słodyczy. 
Dziś rano miałam problem ze śniadaniem. Babcia powoli zaczyna się mnie czepiać o jedzenie. Czuję, ze nadchodzą ciężkie czasy. Babcia zrobiła mi śniadanie i położyła mi na chleb cztery plasterki szynki (cztery plasterki?!). Zdjęłam je i położyła mną talerzu. No i od razu wielki bulwers 'Masz to zjeść! Obiecuję ci, że jak tego nie zjesz, to nie wyjdziesz z domu!'. Nie wiedziałam, że będę musiała się posunąć do tak drastycznej metody; kiedy babcia się odwróciła, schowałam dwa plasterki szynki do rękawów. Udało mi się przez to przebrnąć i uniknęłam dodatkowych 60 kalorii. Schowałam tą szynkę z powrotem do lodówki. 
Jutro na śniadanie mam zamiar zjeść pół grejpfruta (ze słodzikiem, bo nie dam rady wziąć go do ust) i coś do tego. Czeka mnie ważenie. Trzymajcie za mnie kciuki, już się boję. Za chwilę zaparzę sobie senes i tą herbatkę, którą dziś kupiłam. Przecież nie proszę o tak wiele. Tylko kilogram. Chociaż kilogram, proszę.




piątek, 7 lutego 2014

Powoli poznaję siebie

Dożyłam do weekendu. To takie śmieszne. Nareszcie mogę się wyspać (przynajmniej postaram się skorzystać z tej okazji). Chyba powoli wraca mi wiara w siebie. Dziś zjadłam zupę i od razu mam lepsze samopoczucie. 
Nie poszłam wczoraj na tańce. Nie przedłużyłam nawet karnetu. Wczoraj siedząc w szkole po południu i czytając ostatniego posta na grupie 'Nie wiem kto z was dziś przyjdzie, ale lepiej weźcie ze sobą ochraniacze na kolana.' podświadomie upewniłam się tylko w przekonaniu, że nie dam sobie rady i jest to ponad moje siły. Już nie mogę się doczekać marca. Po pierwsze ze względu na to, że w końcu będę mogła powrócić do jeździectwa, po drugie, dlatego, że coraz mniej czasu pozostanie do końca roku szkolnego. Chciałabym, żeby ta okropna, niewdzięczna szkoła w końcu mi jakoś wynagrodziła moje katusze. (Nie żebym miała nie wiadomo jakie mniemanie o sobie.) Marzy mi się stypendium. Przynajmniej osłodziłoby to trochę moje życie i wiedziałabym, że moja praca w końcu owocuje sukcesami. Chociaż może na to nie zasługuję i za mało flaków z siebie wypruwam. Po raz kolejny przepraszam Was, że cała nienawiść do tego miejsca przelewam na bloga. Zapewne Wam jest równie trudno. Albo i nie, nie wiem. W każdym razie mnie nic tam nie trzyma, bo nie mam tam przyjaciół, z którymi gadałabym na przerwach o starych skarpetach. 

Bilans:

- twarożek chudy z dżemem (31 kcal)
- dwa jabłka (140 kcal)
- pomarańcza (90 kcal)
- wasa z łyżeczką almette (68 kcal)
- zupa grzybowa z mięsem z kurczaka (200 kcal)
Razem: 529 kcal

Ćwiczenia: (jeszcze dziś postaram się wykrzesać resztki energii) T25; Ab Intervals (-400 kcal).

Mam w przyszłym tygodniu zdjęcia klasowe. Totalna paranoja. Już od wczoraj zastanawiam się co zrobić, żeby nie wyjść na zdjęciu jak każdego roku (czyt. za każdym razem inaczej, ale zawsze tragicznie). Nie uważam się za osobę mega niefotogeniczną, chociaż ideałem też nie jestem. Z małpy kanarka nie zrobisz. No ale błagam was, ci fotografowie zawsze, nie dość, że robią jedno zdjęcie przez pięć minut, kiedy w tym czasie już mi drętwieje twarz i moje policzki dostają ataku padaczki, to na dodatek poprawiają w programach graficznych tylko twarz nauczyciela. Jeszcze te wieśniackie rameczki. Rzadko kiedy wybiorą coś normalnego, zazwyczaj ląduje jakaś ramka z napisem 'Punk not dead' w tle czarno białej fotografii. W każdym razie jak widzicie, już jestem przerażona. Chcę wyprostować włosy, może to coś pomoże. A może nawet uda mi się schudnąć. (Just joking, don't be silly.)





czwartek, 6 lutego 2014

Wyczekiwanie na odpowiedź

Wróciłam ze szkoły i czuję, że nie mam życia. Próbowałam czytać książkę, oglądać film. Ale prawie zasnęłam. Przeraża mnie myśl, że za chwilę muszę iść na trening. Ale wiem, że to konieczne, więc staram się o tym nie myśleć. Dziś zmniejszyłam bilans i wygląda mniej więcej jak wczoraj. Czuję się minimalnie lepiej, ale wiem, że powinnam jeść mniej. Codziennie do godziny około 17.00 czuję się dobrze. Mój bilans jest jeszcze wtedy równy około 300-400 kalorii. Potem nadchodzi czas na obiad. Jestem głodna, ssie mnie i za każdym razem mam wrażenie, że jem za dużo. Po obiedzie zawsze mój nastrój się zmienia. Nie rozumiem tego. Może powinnam jeść coś lżejszego? Albo zmniejszyć porcję o połowę? Mam wrażenie, że w ogóle nie chudnę. Boję się co waga pokarze w niedziele.
Nie mam pojęcia co powinnam zrobić. Wypiłam przed obiadem trzy szklanki wody i jedną po. Okej, uszło, ale czułam się opchana, mimo, że zjadłam mniej, niż wczoraj. Coś jest ewidentnie nie tak.

Bilans:

- twaróg z dżemem (54 kcal)
- wasa z twarogiem i dżemem (158 kcal)
- jabłko (70 kcal)
- pomarańcza (90 kcal)
- kurczak po chińsku z makaronem ryżowym (250-300 kcal)
Razem: 622-672 kcal

Ćwiczenia: T25; Lower Focus (-400 kcal), dwie godziny lekcyjne wfu (-200/300 kcal).

To, że tak się czuję raczej nie jest normalne. W każdym razie okaże się to w niedziele. Jeśli waga się utrzyma lub wzrośnie, racjonalność moich uczuć będzie potwierdzona. Jeśli spadnie - jest coś ze mną nie tak, ale przynajmniej znikną wyrzuty sumienia.


środa, 5 lutego 2014

Niewiedza, która bawi się moim sumieniem

Nareszcie środa. Jutro na dziesiątą, więc dwie godziny dłużej będę mogła pozostać w swoim świecie i nikt nie będzie mi przeszkadzał. Codziennie budzę się i myślę 'Ah... Więc to już. Czemu tak szybko zabieracie mnie z mojego raju do tego piekła...'. Nie mogę uwierzyć w swoje podejście do szkoły. Jestem prawie pewna, że teraz będę w kółko rzępolić jak to bardzo chcę tam nie wracać, aż nie nadejdą wakacje. Mówię Wam to, żebyście z góry wiedziały, żeby pominąć pierwszy fragment posta, który jest tak bardzo przesycony nienawiścią do tamtego okropnego miejsca.

Bilans: 

- trochę twarogu chudego z dżemem figowym (66 kcal)
- wasa z żółtkiem jajka (90 kcal)
- jabłko (70 kcal)
- pomarańcza (90 kcal)
- kurczak po chińsku z makaronem ryżowym (300 kcal)
Razem: 616 kcal

Ćwiczenia: (jeszcze dziś) T25; Speed 1.O (-400 kcal).

Przecież nie jest źle. Nie ma słodyczy. Mimo to nadal czuję, że to za dużo. Co jest ze mną nie tak? Jutro zjem mniejszy obiad, może poczuję się lepiej wobec siebie. Dużo zjadłam tego kurczaka i podłam kaloryczność na oko. Chciałam się zatrzymać w połowie talerza, ale nie potrafiłam. Czy to brak motywacji? Będę się starać bardziej. Może jak będę jeść 400 kalorii dziennie, to będzie dobrze. (??) Nie brakuje mi raczej glukozy, ale chyba czegoś innego, bo chodzę taka zdezorientowana. Tylko nie mam zielonego pojęcia co to jest.

Za tydzień w piątek (tak, wiem - walentynki. heheh) zaprosiłam koleżankę na zimowy nocny maraton Harrego Pottera. Planowałyśmy to już pół roku. Mam zamiar tego dnia niczego sobie nie żałować i będzie to jedyny dzień, w którym będę mogła jeść słodycze (o zgrozo, żeby mi tylko waga nie podskoczyła...). Oczywiście nie będzie tego zbyt wiele. Pierwszym pomysłem był pączek. Dokładniej donut w czekoladzie z lidla. Po dwa dla każdej z nas. Poza tym warzywno-owocowa uczta. Brokuły, marchewki gotowane, jabłka, pomarańcze, banany itd. Niestety ona uparła się na żelki spaghetti w cukrze i szczerze, to nie wiem jak ja tego uniknę. Będę się starać z całego serca. Poza tym będą też ciasteczka imbirowe (1 szt - 17 kcal). Na więcej nie mam pomysłu. Ona jest raczej wielbicielką słodyczy, chociaż słonym pewnie też nie pogardzi. Macie jakieś ciekawe pomysły, tak, żebym nie wpakowała się w tarapaty?

Jeszcze jedna sprawa. Bardzo Was przepraszam, że wczoraj nie komentowałam waszych postów, ale po prostu już nie miałam sił na cokolwiek. Jednak zapewniam Was, że czytam Wasze blogi na bierząco. C:



wtorek, 4 lutego 2014

W poszukiwaniu słońca

Dziś znowu powtarza się ta sama sytuacja, co wczoraj. Zaspałam (chociaż nie tak bardzo jak wczoraj, ale jednak) i znów musiałam się zdać na babcie. Mimo, że mój bilans składa się z samych dobrych rzeczy i tak przesadziłam. Znowu zjadłam za dużo. I czuję to. Na dodatek jestem dosłownie padnięta. To chyba taka przejściowa depresja. Myślałam, że tej zimy się bez niej obejdzie, ale nie. Potrzebuję motywacji, bo inaczej znowu zawalę tak jak dzisiaj. Może 'zawalę' to nie jest to słowo, którego bym użyła, bo to jednorazowy wypadek, ale mimo wszystko.

Bilans:

- płatki z mlekiem (210 kcal)
- cztery kawałki wasy z jajkiem (136 kcal)
- jabłko (70 kcal)
- kawałek mięsa z kurczaka (60 kcal)
- cztery gotowane marchewki (76 kcal)
- miska zupy brokułowej z kawałkiem chleba ciemnego (150 kcal)
- banan (90 kcal)
Razem: 892 kcal

Zapewne powiedziałybyście 'Och, nie przesadzaj, przecież Twój bilans nie jest wcale taki zły!'. Ależ owszem, jest. Mam wrażenie, że zjadłam 4000 kalorii, a nie 900. Mam wyrzuty sumienia. Dzisiaj robię dzień przerwy od ćwiczeń. Ale i tak o tyle dobrze, że był dziś wf, więc trening zaliczony w jakimś stopniu. Dwie godziny lekcyjne ćwiczeń (-400 kcal).
Jedyna pocieszająca rzecz, to to, że nie było w bilansie słodyczy. Po raz kolejny, więc to już jakiś sukces. Ale poza tym wszystko mnie totalnie dobija. Może jest jakaś szansa na wycieczkę w kwietniu z dziadkami. Mała iskierka nadziei, która poprawiła mi nieznacznie humor.
Chciałabym być z siebie dumna. Mam nadzieję, że pod koniec tygodnia moja waga spadnie. Załamię się jeśli będzie stać w miejscu, albo (co gorsza) podskoczy w górę. W końcu to był taki dobry początek.



poniedziałek, 3 lutego 2014

Za murami piekieł

Tak, tak, dziś tam wróciłam. I znów to samo. Te same twarze, jasne w świetle dnia, a mimo to mroczne korytarze przesycone tyloma różnymi osobowościami. Ludzie, których będę musiała widywać już niemal codziennie przez następne pięć miesięcy. Jest we mnie tyle nienawiści do tego miejsca. Chyba nie będę tęsknić, kiedy nadejdzie czas odejścia.
W każdym razie już zadali nam pierwsze lekcje. To dopiero początek, nie jest jeszcze tak źle. Ale skoro
i tak wiem co mnie czeka to mogę sobie odpuścić radość z luźnego początku tygodnia.
Spokojnie, już się ogarniam, nie będę przecież gadać w kółko o szkole, bo jestem pewna, że macie do końca życia dość tego tematu, tak samo jak ja.

Mój ulubiony zespół wydaje nowy album. Jestem zafascynowana, co znowu stworzyli. Ich kawałki zawsze są genialne i już się nie mogę doczekać kiedy będą dostępne w sieci do pobrania.
Muszę dokładniej zacząć sobie obmyślać codzienny plan dnia, jeśli chodzi o jedzenie. Tak łatwo jest zjeść więcej kalorii, niż oczekujemy. Zwłaszcza kiedy moje myśli błąkają się zupełnie gdzie indziej. Dzisiaj o mało, a bym się spóźniła. Oczywiście pierwszy dzień, musiałam zaspać. W pośpiechu zjadłam to, co dała mi babcia. Później obliczyłam kaloryczność i znowu żałowałam, że niepotrzebnie zjadłam 60 dodatkowych kalorii. Ale i tak jestem z siebie zadowolona, bo reszta dnia była (i będzie) genialna, jeśli wszystko pójdzie po mojej myśli. Wolałam napisać posta wcześniej, bo jadę później na dwie godziny na basen, a potem czeka mnie trening i robię koktajl truskawkowy. Jeszcze trzeba odrobić lekcje i się pouczyć. Więc ogółem wiele przede mną. Jest dopiero poniedziałek, a ja już czekam na piątek. No i odliczam dni do następnego wolnego (zostało jedenaście tygodni).

Bilans:

- trochę twarogu z dżemem figowym (95 kcal)
- kawałek chleba pełnoziarnistego (70 kcal)
- kawałek pomarańczy (30 kcal)
- cztery kawałki wasy z żółtkiem z jajka (130 kcal)
- jabłko (70 kcal)
- miska zupy pomidorowej z makaronem i kurczakiem (200 kcal)
- koktajl truskawkowy (67 kcal)
Razem: 662 kcal

Ćwiczenia: T25; Total Body Circuit (-400 kcal), dwie godziny basenu (-400 kcal). Razem: (-800 kcal).
Kalorie na minusie, dzień zdecydowanie na plusie. Tak bym to ujęła. Pomijając fakt, że szkoła psuje mi cały dobry humor i odbiera szczęścia i radość z czegokolwiek co robię.
Wybaczcie mi moją frustrację. W końcu jakoś się z tego wykaraskam.


niedziela, 2 lutego 2014

Ostatni błogi wieczór

Kolejny melancholijny dzień z książką przy kominku. Ta monotonia mi ani trochę nie przeszkadzała. Okrutna rzeczywistość powraca i już jutro zabiera mnie ze sobą do murów tego budynku, w którym muszę się jeszcze męczyć codziennie przez pięć miesięcy z tak na prawdę obcymi ludźmi.
Chciałam dziś ogarnąć do końca lekcje. Jedyna dobra wiadomość była taka, że nie jest ich wiele. Za to na powitanie, kiedy odpięłam zamek plecaka poczułam okropną woń dochodzącą gdzieś z głębi. Moja śliczna śniadaniówka z nadrukiem truskawki cuchnęła na odległość pleśnią. Kiedy ją otworzyłam ciężko było stwierdzić co oprócz trzech zgniłych mandarynek znajdowało się w środku. Kolejną niezbyt miłą wiadomością było to, że w środę czeka mnie kartkówka z niemieckiego, o której zupełnie zapomniałam, ale do której na szczęście coś tam umiem. Mój plecak nadal wietrzy się za oknem zaczepiony o szelkę. Przez godzinę musiałam wietrzyć pokój. No i jutro oczywiście mam na ósmą.

Bilans:

- twarożek z dżemem figowym (163 kcal)
- jabłko (70 kcal)
- kotlet z mintaja (175 kcal)
- warzywka na parze (60 kcal)
- pół banana i pół pomarańczy (80 kcal)
Razem: 548 kcal

No, nie powiem, nieźle mi dziś poszło. Żadnego głodu, zero słodyczy. To rozumiem. Mam tylko do siebie żal, że ostatecznie nie zrobiłam wczoraj treningu. Powód? Było mi bardzo zimno i byłam bardzo zmęczona. Dlatego dziś zaczynam drugi tydzień, a wczorajszy dzień puszczam w zapomnienie.
Ćwiczenia: T25; Cardio (-400 kcal).

Nie mam pomysłu co brać małokalorycznego do szkoły. Wiadomo, przede wszystkim owoce. Zazwyczaj biorę też wasę z ugotowanym żółtkiem jajka albo dżemem. Ale tak na dłuższą metę to nie mam pomysłu. Co wy zwykle bierzecie? Nie mogę nie brać nic ze względu na siebie i na moją rodzinę. Nie wypuścili by mnie z domu, a ja bym nie dała rady wytrzymać w szkole bez jedzenia.


Sen

Dwa dni temu miałam sen. Ostatnio bez przerwy myślę o diecie, o Was, o tych kilogramach, które stracę za parę miesięcy. W końcu musiał nadejść czas, kiedy nawet w czasie snu będzie mnie nawiedzała wizja mnie w różnych postaciach i Ana. Zwłaszcza, że nie dawno miałam wiele dylematów i nie wiedziałam co dalej robić, ani czy droga, jaką obrałam jest tą właściwą.

***

Przedwczoraj w skrzynce znalazłam wiadomość od dostawcy energii, że przez całą dobę nie będzie dostępu do ciepłej wody. Dzień minął mi jak każdy inny. Po wieczornym treningu poszłam spać. Było bardzo zimno. Dwie kołdry i koc mi nie wystarczały. Skostniała z zimna, w końcu zasnęłam.
Stałam przed lustrem. Byłam szczupła, nie, szczupła to mało powiedziane, byłam chuda. Podziwiałam swoją sylwetkę, o której marzyłam tyle czasu. W moich oczach widać było radość, dumę i zadowolenie. Odsunęłam się od lustra , kiedy zauważyłam, że coś jest nie tak. Szybko mój wzrok powędrował ku ramionom, zerknęłam na brzuch, nogi, nadgarstki. Zobaczyłam rozstępy, które stopniowo przemieniały się w wiszącą skórę, cellulit obejmujący każdy centymetr mojego ciała. Wyglądałam jak paląca się świeca, z której spływa wosk. Zanim zdążyłam cokolwiek zrobić, spojrzałam ukradkiem w lustro. Przeraziłam się. Tuż za mną stała ona. Ana przyszła po mnie. Miała długie kruczoczarne włosy opadające na ramiona. Wyglądała jak szkielet, na którym została obciągnięta szara, wyblakła skóra. Wszystkie żebra, każda kość była widoczna. Jej ciemne podkrążone oczy patrzyły na mnie z odbicia lustra. Pod nimi były dokładnie zarysowane kości policzkowe. Jej postać wydawała się przeźroczysta na tle mojego pokoju. Myślałam, że umieram. A wszystko wydawało się takie prawdziwe.
Momentalnie o wszystkim zapomniałam. Otworzyłam oczy i w ciemnościach nocy spojrzałam na boazerię ponad mną. Mój gorący oddech parował w lodowatym powietrzu pokoju. Skuliłam się i w pół świadomie przymknęłam powieki i odpłynęłam w objęcia głębokiego niczym ocean snu.

***

Przez pewien czas to wydarzenie zniknęło z mojej pamięci. O śnie przypomniałam sobie dopiero wczoraj po napisaniu ostatniego postu. Był to pierwszy tego rodzaju sen. Chociaż raczej należy mu się miano koszmaru. Wiem, że niektóre z Was też śnią o Anie. Ale są to raczej sny, w których jest ona Waszą najlepszą przyjaciółką, a nie zjawą, która ma zamiar zabrać Was w zaświaty, skąd nie ma powrotu. 



sobota, 1 lutego 2014

Początek survivalu niebawem

Zimno, buro i ponuro. Na dodatek jest to mój przedostatni dzień ferii. Miałam nadzieję, że zajmę się moimi szkolnymi obowiązkami na początku minionego tygodnia. Jak zwykle, formułka podświadomości, która mówi, że im więcej czasu mamy na zrobienie wytyczonego zadania, tym bardziej się rozleniwiamy i w końcu zabieramy się za nie na ostatnią chwilę. U mnie działa w 99% przypadków. To szokujące, że powtarzam swój błąd za każdym razem, nawet się nie zastanawiając nad konsekwencjami, których i tak cudem udaje mi się uniknąć. Jestem pewna, że nie tylko ja biorę się za pracę domową w niedziele wieczorem. Czasem biorę się w garść i jeszcze w piątek, w czasie lekcji, pamiętam, żeby zająć się pracą domową na przerwie albo bardziej się przykładać na lekcji. Żeby tylko zdążyć.
Moja szkoła to istny wyścig szczurów. Najniższa warstwa społeczna jest na granicy wyginięcia, a patologia w zasadzie w ogóle nie występuje. Brakuje mi czasami towarzystwa z podstawówki, zwłaszcza mojej paczki, która się powoli rozpada. W przeciwieństwie do ludzi z mojej obecnej klasy, są tak wyluzowani, że mogę sobie pozwolić przy nich na wszystko, co nie byłoby dobrze przyjęte w moim codziennym towarzystwie. Są oni moim osobistym łącznikiem z przeszłością. Czasami żałuję, że wybrałam drogę, w której moim największym i pochłaniającym 90% mojego czasu celem jest nauka, dobre stopnie, nienaganna wiedza i wyimaginowane poglądy na przyszłość. Wiem, że młodość jest tylko jedna, ale po sześciu latach, przez które żyłam cały czas z nastawieniem na takie ideały, jakie mam, będę się bardzo bała spróbować czegoś innego. Bo skąd mam mieć pewność, że budowany przeze mnie przez tak wiele lat świat się nie zawali, kiedy spróbuję otworzyć bramy tego drugiego? Dawkowanie wszystkiego po trochu nie wchodzi tu w grę. Wtedy nie mogłabym być w niczym idealna. Może 'idealna' to złe słowo, ale jestem pewna, że wiecie o co mi chodzi.
Moim zdaniem, powinni ustanowić tygodniowe święto wolne od pracy. Tydzień dla książek. Już wcześniej wspominałam, że za nimi tęsknię. Gdyby moja nierealna zachcianka się spełniła, mogłabym cały tydzień czytać książki, jedna po drugiej, siedząc przy kominku i popijając herbatkę.
Ostanie półtora roku nieźle dało mi w kość. Czuję się jakbym była na studiach, a nie w gimnazjum. Ludzie, siedem sprawdzianów tygodniowo i dziesięć kartkówek. Z czego oni nas w ogóle sprawdzają, skoro zanim cokolwiek się nauczymy, już zapowiadają kolejny sprawdzian, lub kartkówkę?
Znowu moje mega długie wywody wykraczają poza temat bloga. To przez te książki. Tak, to zdecydowanie one. Chciałabym w końcu stworzyć swoją własną, ale czekam na przebłysk w moim umyśle. jak na złość, do dziś pamiętam dzień sprzed paru laty, kiedy przyśnił mi się oryginalny i niezawodny pomysł na długą książkę. Pamiętałam go kilka sekund, po tym jak się obudziłam. Kiedy stanęłam nad kartką z długopisem, w celu zapisania go, zanim ucieknie ode mnie na zawsze, było już za późno. I żyję z tą świadomością.
Dla tych, którzy mają jeszcze trochę siły, i których nie znudziłam długimi wywodami na temat mojego życia, przedstawiam dzisiejszy bilans:

Bilans:

- twarożek z dżemem (128 kcal)
- dwie kromki wasy (28 kcal)
- kawałek kaczki (290 kcal)
- kilka łyżek czerwonej kapusty z rodzynkami (20 kcal)
- łyżka lodów (60 kcal)
- jabłko (70 kcal)
Razem: 596 kcal

No, nie jest źle. Pomijając to, że nie trzymam się moich zdrowych postanowień, chyba obniżę sobie granice bilansów. Te 600-700 kalorii w zupełności mi wystarcza. Gdybym jadła więcej, jednak bałabym się, że moja waga wzrośnie. A i tak teraz mam mieszane uczucia. Poza tym codziennie zdarza mi cię coś. Ach, to moje kochane coś. Zawsze przysparza mi niecałe 100 kalorii więcej, niby niewiele, ale to po nim własnie mam największe wyrzuty sumienia. Zobaczę na przestrzeni czasu jak taka dieta na mnie działa. Oczywiście nie uwzględniając w planach cosiów. W poniedziałek szkoła, więc pokładam głęboka nadzieję w swoich możliwościach i wierzę, że w czasie szkoły schudnę więcej niż w ferie. 
Ćwiczenia: jeszcze dziś mam zamiar wziąć się za T25; Cardio (-400 kcal).

Jak tam u Was z feriami? Nawet nie wiecie jak Wam zazdroszczę, że większość z Was ma to jeszcze przed sobą. Nienawidzę, kiedy to my mamy ferie pierwsi. Marzę o wiośnie, a już tym bardziej o lecie. Zima mi zbrzydła jeszcze zanim się pojawiła.